batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 5.2012

    Ale zacznę od tego, że poniedziałkowy teatr był boski. Juliusz Machulski jednak wielkim reżyserem JEST. Ubawiłam się, a najlepsze były kobiety – oczywiście te starsze. Chociaż Stelmaszyka kocham (bez wzajemności niestety) od czasu Testosteronu.
    M mówi, że takie sobie było, ale on oglądał od połowy, to rzeczywiście nie miało to sensu.

    A co z Deedee? Otóż jakiś czas temu szkoła dała mi skierowanie na badania do poradni ped-wych w związku z podejrzeniem dysgrafii. Ucieszyłam się, bo lubię jak moje dzieci są badane pod różnymi kątami :-) W poniedziałek miałyśmy się stawić na badanie u pedagoga i od razu na środę umówili nas do psychologa. Papier będzie miała, świetnie, bo naprawdę potrzeba jej więcej czasu na napisanie każdego testu czy dyktanda, no i oceny z zeszytów nie będą miały już tak wielkiego znaczenia. Uf.
    Ale najfajniejsze to jest posłuchać zachwytów fachowców na temat, jakie to moje dzieci mądre, inteligentne, kompetentne, poukładane, z ogromnym zasobem wiedzy i słów, oczytane, otwarte, wszystko ach i och!
    No, to by było na tyle jeśli chodzi o chwalenie się :-)
    Ale to nie koniec, jeśli chodzi o Deedee. W poradni powiedzieli mi, że słuch można zbadać, niedaleczko, więc rzutem na taśmę umówiłam się, byłyśmy wczoraj po psychologu, wszystko ok. Jak słuch, to i wzrok, więc dziś jedziemy do okulisty, bo trzeba nowe okulary sprawić i w ogóle sprawdzić, co tam z tym zezem. Po drodze były jeszcze badania ogólne, niestety dalej ma za dużo erytrocytów, trzeba zacząć to leczyć. A przede wszystkim znaleźć przyczynę.
    I tak to, jedno dziecko ubrane, drugie zbadane.

    Pan, który ma nam zbudować kaskadę w ogródku umówiony na sobotę, ciekawe, ile sobie zażyczy za to. Budulec mam – sterta wielkich kamieni czeka na zagospodarowanie. Fajnie, jakby coś tam ciurkało koło tarasu. Czasem.
    (NIE ZAPOMNIJ, PAN PRZYJEDZIE O 16.00 W SOBOTĘ, MASZ BYĆ W DOMU)

    A zapomnieć łatwo, bo również na sobotę zarezerwowałam tor na kręglach dla Deedee i jej trzech koleżanek, bo moja mała córeczka 4 czerwca zostanie nastolatką, tadam. Większą imprezę – rodzinną – planuję na koniec czerwca, wspólną dla Deedee, K i Dextera, bo wszyscy troje są czerwcowi.

    Skończyłam swój pięęękny szal w kolorze pudrowego różu (ZRÓB ZDJĘCIE, ZRÓB ZDJĘCIE), a więc do sukienki mam dodatek, teraz dumam nad upięciem włosów, ach takie problemy mieć… wzdech.
    Teraz już produkuje się tunika z włóczki od sąsiadki. A sąsiadka nie ma litości – kupiła pisemko ze skarpetkami szydełkowymi. Zeskanowałam, będę w wolnych chwilach (czyli kiedy?) ćwiczyć i podejrzewam, że pewien mały Norweg będzie kiedyś opowiadał, że nienawidzi skarpet z wełny, bo mu ciocia wiecznie takie prezentowała i kazała w nich chodzić. Jak zdążę, to zrobię też dla Deedee i K, będą w nich po domu biegały, bo obie nie znoszą kapci. A ja nie znoszę widoku bosych stóp na panelach. K przyjeżdża już za 2 tygodnie!

    W niedzielę wyjeżdżam na zachód, do miasteczka, w którym spędzałam wszystkie wakacje, będzie podróż sentymentalna, jadę z siostrą, więc mam nadzieję posłuchać trochę o rodzinie, której z racji różnicy wieku prawie nie znam. Spać będziemy u mojej chrzestnej, której lata nie widziałam.
    Wracamy w poniedziałek, we wtorek i środę nawet trochę popracuję, a potem do stolicy na cztery dni. Potem 4 dni robocze i w piątek jadę na rozdanie dyplomów do Olsztyna, bo moja chrześnica – z której jestem strasznie dumna, bo i ładna i mądra – zostanie oficjalnie lekarzem weterynarii. Chcę jej podarować coś z Apartu, albo po prostu bon do Apartu, jak myślicie?
    Wrócę tego samego dnia, a w sobotę m jedzie po K odebrać ją z samolotu, a więc znowu stolica.
    Dżizas, jak to wszystko czytam, to sama nie wierzę.

    Proszę jeszcze o porady w kwestii premiery w teatrze – bywam co jakiś czas, ale nie na premierach, a zwłaszcza takich, w których gra ktoś bliski. Jak myślicie, czy powinniśmy kwiaty dla niej dać gdzieś wcześniej, żeby dostała je po przedstawieniu? Najlepiej to chyba zadzwonię do teatru i spytam.

    Ach, no i jeszcze miałam napisać, że wczoraj skorzystałam z okazji i wzięłam udział w zajęciach z jogi, bo była promocja i można było spróbowac za darmo. A zastanawiałam się jakiś czas temu, czy to nie byłoby lepsze dla mnie. Uczucia mam mieszane. To znaczy, oczywiście podobało mi się. Najbardziej podobała mi się pani, która prowadziła zajęcia :-) Tak smukłej i gibkiej dziewczyny dawno nie widziałam. Podobało mi się, że dałam radę w prawie wszystkich ćwiczeniach i że jestem bardziej rozciągnięta od kobiet 10 lat młodszych. No przecież ćwiczę, nie?
    Z kolei nie wiem, czy moje kolana to zniosą, a właśnie o kolana bardziej mi chodzi w tym wszystkim, bo po zwykłych ćwiczeniach, gdzie dużo przysiadów, bolą mnie coraz bardziej. Bieżnia też im nie służy. Za to na jodze trzeba dużo klęczeć i czasem ciężar całego ciała jest właśnie na kolanach. I podwójna karimata nie bardzo pomagała.
    Poza tym zajęcia są tylko raz w tygodniu i o godzinie 20.15. Potem jest się bardzo zrelaksowaną i pełną energii, a tu trzeba iść spać… Do tego zajęcia odbywają się 15 km od domu.
    Co jeszcze? A, było nas cztery – 3 uczennice + prowadząca. Na więcej osób tam nie ma miejsca, bo niektóre ćwiczenia zajmują naprawdę dużo miejsca.
    Relaks był świetny – ta muzyczka, świece, spokojny głos instruktorki… Prawie poczułam się tym kwiatem lotosu na tafli etc.
    Muszę poczytać trochę o tej jodze, żeby lepiej zrozumieć, jak to działa. Bo że działa, to na pewno, miliony Chińczyków nie mogą się mylić ;-) Instruktorka bardzo nas chwaliła, bo czasem udawało jej się tylko zrobić „powitanie słońca” z początkującymi, a z nami zrobiła jeszcze kota, półksiężyc, chyba jakiegoś wielbłąda i coś jeszcze. Fajnie.
    Z szesnastej strony – kupiłam już karnet na ten miesiąc na swoją siłownię. Co robić?

    Zabrałam wczoraj Dextera na zakupy, bo to już naprawdę wstyd, w czym on chodził ostatnio.
    Ostatnie dżinsy miały na kieszeni z tyłu dziurę od portfela, czarne adidasy – rozczłapane i raczej szare niż czarne. Plus bielizna, której nigdy za wiele. Zakupy okazały się całkiem owocne. Dżinsy ok, nawet był taki rozmiar, że nie muszę skracać nogawek. W sieciówce na T nieopatrznie kupiłam mu krótkie spodenki – bardzo ładne, ale trochę się zgarbiłam przy kasie, bo okazało się, że kosztują dziewięć dych. Zgroza. Od dziewczyny miał przykazane, że ma sobie kupić trampki. Nie, nie są hipsterami, ale trampki to według mnie bardzo dobry pomysł, bo on by najchętniej całe lato przechodził w adidasach. I nawet była fajna promocja w jednej z firm – dwie pary trampek za 99 zł. No to ma.
    Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła przy okazji dla siebie czegoś kompletnie niepraktycznego i nie pasującego do całej reszty, jaką posiadam. No, może trochę przesadzam, ale bardziej niż sukienkę to ja potrzebuję czegoś do łażenia na co dzień.
    Ale mam sukienkę na premierę w teatrze, ha!
    Bo w najbliższy długi weekend jedziemy do stolicy na premierę w Teatrze Polskim – kuzynka m tam pracuje (na scenie, na scenie, nie za kulisami) i załatwiła nam wejściówkę na swoje przedstawienie. Nawet jeszcze nie wiem, co to za przedstawienie, zaraz sprawdzę. Ale sukienkę mam i to jest najważniejsze :-)
    Szóste podejście do prawka – nieudane.

    dora – możesz być spokojna, gołąbki nie były aż takie rewelacyjne, bo moja teściowa ma problem z trafieniem w stan ugotowania – tym razem były rozgotowane na ciapę. Kiedyś robiła takie, że ryż był prawie surowy i zaczynamy za nimi tęsknić. Ale czasem jej się udaje. Drugi gar chłodnika też mi spierniczyła, w dobrej wierze, bo chcąc mnie wyręczyć pokroiła mi do niego jajka, szczypiorek, rzodkiewki i ogórka. A jej krojenie w kosteczkę to bardzo luźna definicja krojenia. Ale zawsze coś za coś – chcesz mieć więcej czasu dla siebie, to nie marudź,  że lubisz drobno pokrojone.

    zgago – nie wierzę. Chyba, że Twoja rodzina nie pochodzi zza Buga. Jak można się uchować i nie mieć do czynienia z chłodnikiem w tym kraju?! Jeśli chcesz spróbować coś zbliżonego do mojego chłodnika, to całkiem niezły mają w Gemini w Gdyni – na dole są dwie kawiarnie z wyjściem na zewnątrz, w jednej z nich jest coś o nazwie „super chłodnik”. Swoją drogą, to mam ich pozwać?  ;-)

    betina – nasz związek ratuje to, że on ostatnio nocuje poza domem od poniedziałku do piątku i wtedy mogę się wyspać we własnym łóżku :-) Dzisiaj na przykład tak odsypiałam, że ledwo zdążyłam do pracy na 8.10. A pracuję teoretycznie od 7.30…

    Deedee zajęła wczoraj drugie miejsce w szkolnym konkursie recytatorskim. Drugie, bo raz się zająknęła w wierszu obowiązkowym. Już nie mam pomysłów na wynagradzanie jej tych wszystkich okazji. Za dobre dziecko, za dobre…
    A swoją drogą to w niedzielę rano weszłam do jej pokoju, a ona siedzi na łóżku, trochę zmieszana. W jej twarzy to można czytać jak w książce. Pytam, co porabia.
    - Nic, książkę sobie czytałam w łóżku…
    - O, a co czytasz?
    Sięga pod poduszkę i wyciąga. „Jak słuchać, żeby nastolatki mówiły itd…”
    - A czemu schowałaś tę książkę?
    - Bo wiem, że nie lubisz, jak je czytam. Ale jest bardzo fajna, mówię ci, już jestem na 111 stronie. Tamta o dzieciach („Jak słuchać, żeby dzieci…) też była super!
    - Czytaj dziecko, czytaj, może ty wychowasz lepiej swoje dzieci…

    Swoją droga, to mogłabym chociaż tam zajrzeć, bo widzę, że to moja córka zaczyna na mnie stosować wyczytane mądrości:
    - Skoro nie można tego tak zrobić, to może spiszemy umowę?

    Zdała też wczoraj kartę rowerową, pojechałyśmy do fotografa i zrobiłyśmy zdjęcie legitymacyjne. I wtedy dotarło do mnie, jakie duże już to moje drugie dziecko – na tym zdjęciu wygląda na 14 lat.

    Sąsiedzi zwabili mnie wczoraj podstępem do swojej nowej altanki, napoili pysznościami, posłuchaliśmy jak ptaszki śpiewają, a potem jeszcze wyszłam od nich z prezentem imieninowym. Część prezentu zamieni się w coś ślicznego szydełkowego, już mnie łapki świerzbią :-) Ja to mam dobrze.

    co miałam napisać.
    Wczoraj robiłam za jaszczura – wygrzewałam się na tarasie od 10 rano do 17. Hm, siedem godzin – nic dziwnego, że mam co nieco przypalone – zwłaszcza plecy, bo próbowałam sobie opalić nogi z tyłu, a w przerwach kiedy już nie mogłam wyleżeć, to chodziłam po ogródku i trochę pieliłam, trochę wyrywałam mlecze z trawnika, trochę usuwałam zieloność spomiędzy kostek brukowych.
    Polubiłam bardzo aparat fot w swoim telefonie, przede wszystkim dlatego, że waży jakieś 800 gram mniej niż mój Lumix. I robi o wiele ładniejsze filmy. Testowane na kotach.
    Chyba zabiję tego dziada, co mi chrapie całą noc u boku. Jak już uda się ze dwie noce w miarę spokojnie przespać, to trzeciej obudzi mnie z dwadzieścia jeden razy! Co siódme kopnięcie (bo tylko kop może go obudzić) łaskawie odwróci się na drugą stronę, co czasem pomaga. Przynajmniej na chwilę.
    W końcu koło piątej rano poddaję się i wynoszę do drugiego pokoju, gdzie na przykłąd okazuje się, że muchy tu nocowały ale właśnie wstają i bardzo chętnie ze mną poigrają.
    Dzisiaj złośliwie zostawiłam swoją komórkę w sypialni, bo wiedziałam, że moja będzie pierwsza dzwonić.
    Her her her…

    Czy już mówiłam, że mój chłodnik to mistrzostwo świata? D coś na ten temat wie, przez dwa dni na zmianę jadła chłodnik i leżała trawiąc :-)
    Dzisiaj zrobię następny gar i będę go jadła do obrzydzenia. O, i gołąbki czekają w domu, to lecę!

    Bu.

    Ale było fajnie. Mam mnóstwo pięknych zdjęć.

    Tiramisu się chłodzi, tym razem zrobiłam ogrrromną blachę.
    Ciasto rabarbarowe upieczone.
    Teraz piecze się karkówka na jutrzejszy obiad.
    Chłodnik połowicznie zrobiony chłodzi się.
    Potrzebuję większej lodówki
    Skrzydełka marynują się w sosie barbecue.
    Świadomie zrezygnowałam z sałatki z tuńczykiem, bo kto to wszystko zje?
    Lodówka pęka w szwach, w wolnych miejscach poupychane kiełbasy, salami, sery.
    Bateria piwa będzie musiała chyba sama się schłodzić.
    Oliwki do serów oliwią się.
    Dexter sprząta, wczoraj z Deedee malowali w ogrodzie trawę na zielono.
    Tylko m mi kuleje. Ale jego to się naprostuje już po Wizycie.
    Czekam
    na Wizytę.
    Jeszcze tylko imprezka w pracy i do domu doczyścić łazienkę.
    A potem długie nocne Polaków i Norwegów rozmowy.

    PS: Stwierdziłam, że dzień wejścia facebooka na giełdę to może być w końcu okazja do zarejestrowania się tam. A przy okazji to i dzień moich imienin :-)
    Wszystkim dziękuję za życzenia (które teraz będą grmielanie nadchodzić – proszę nie zablokować mi serwera!)
    Do poniedziałku.

    Uda się do czerwca schować na dobre kurtkę zimową?
    Ja tam dzisiaj wyszłam z domu w kurtce i nawet z szalikiem na szyi. Dosyć mam już udawania, że jest wiosna.
    Wycieczka Deedee do Wwy wypadła ok, chociaż do Centrum Kopernika się nie dostali (nie rozumiem, nie można tam zrobić rezerwacji dla grup?). Ale byli w wielu innych miejscach, między innymi zobaczyli, jak dorośli się bawią pod Sejmem (przez co do Sejmu też się nie dostali) – palenie krzeseł i wesołe okrzyki. Dostałam figurkę Syrenki, mam nawet dla niej miejsce, gdzie będzie doskonale pasowała.
    Jeśli ktoś chce zobaczyć, jak wygląda dopieszczony ogród, to zapraszam, jeszcze do jutra te cholerne mniszki nie wylezą znowu ponad trawę i wtedy efekt naprawdę jest – powiedzmy – spektakularny. My się w każdym razie nie możemy napatrzeć, bo taki zryw, jaki mamy teraz, to nie co roku nam się zdarza. Muszę sobie zrobić zdjęcia, jak wrócę z pracy. Nawet Dexter poczuł, że warto i z własnej woli chodzi po ogrodzie i dopieszcza szczegóły. Nie poznaję go. Myślę, że po części to zasługa matury, która prawie w całości jest już za nim (i teraz rozumiem, że moi drodzy czytelnicy trzymają kciuki nawet podczas mycia zębów, tak?). Do wyników jeszcze miesiąc, zdążymy zapomnieć, że w ogóle jakaś matura była.
    A teraz to już się nie mogę doczekać piątku, kiedy to przyjedzie moja własna prywatna królewska para z Norwegii – D ze swoim księciem małżonkiem, ja od siebie mogę dla nich zrobić oczywiście coś dobrego do jedzenia, chociaż będą po wizycie u jej mamy, więc jakbym się nie starała, to już i tak nie zabłysnę. Ale zrobię chłodnik, to zawsze działa. Tylko czy S będzie zachwycony tą zieleniną? Dla niego narobię mięcha, kupię dobrej kiełbasy i też jakoś to będzie. Wiecie, że oni tam w Norwegii nie mają kiełbasy? Tylko parówki?
    M pojechał na dorsza, ciekawe, z czym wróci. Ostatnio ktoś tam złapał łososia, byłoby jak znalazł na norweską ucztę, hłe hłe.

    Myślałam, że w kwietniu ostatni raz wstałam przed szóstą rano, żeby powieźć Dextera na pociąg do szkoły. Otóż nie. Wczoraj – 6.05. Dzisiaj – 6.05. Dla pewności, że się nie spóźni.
    Dzisiejszy egzamin jest najbardziej niepewny, bo matematyka.
    Reszta luzik. A jak naprawdę – okaże się, jak ogłoszą wyniki.
    Po trzech godzinkach w pracy wyruszam do Gdyni, gdzie najpierw czeka mnie pogrzeb, a potem w trzech miejscach czekać na mnie będzie ktoś z kawą. Chyba się rozerwę. Granatem.
    Spodnie mi spadają z tyłka, ale muszę jeszcze chwilę poczekać, bo nałożyłam sobie szlaban na wydawanie na ciuchy. Teraz to trzeba kupować farby i kafelki.
    D przyjedzie za dwa tygodnie, chyba do tego czasu uświerknę.
    Popełniłam wczoraj swój pierwszy pasztet w życiu. O dziwo, nie był to pasztet mojej mamy, tylko z przepisu Chudej, drobiowo-warzywny. Według mnie to stanowczo za mało jajka jest w tym pasztecie. I mi się rozwala. Fakt, że nie zrobiłam dokładnie jak w jej przepisie (chociażby z braku kaczki oraz słoniny). Za to za dużo cebuli. Ja dałam połowę cebuli a i tak pasztet wydaje mi się słodki.
    Przyprawy Farmera też w życiu na oczy nie widziałam.
    Mam tego pasztetu teraz dwie foremki i będę go jadła gdzieś do Bożego Ciała. Kawałek wiozę dziś mamie.
    Niech ktoś coś zrobi, żeby już było po tym cholernym Euro. Już mi się słabo robi, jak w telewizji po raz nty leci reklama piwska i słyszę te gwizdki.
    A w środku długiego tygodnia (bo długim weekendem trudno to było nazwać) poszłam po pracy na siłownię, odstroiłam się w nowe itemy ze sklepu na D i… okazało się, że za 10 minut zamykają. No to pojechałam do domu i odpaliłam płytę z ćwiczeniami, którą kiedyś używałam.
    Okazało się, że mam jeszcze kilkadziesiąt mięśni, które pomimo kilkumiesięcznych wizyt na siłowni nie były zbyt intensywnie używane…. na przykład na klatce piersiowej.
    Do środy.

    Rano budzik doprowadza mnie do szewskiej pasji, muszę go kłaść daleko od łóżka, żeby wstać w celu wyłączenia, bo inaczej kaplica – wyłączę i zasnę. Zwlekam się, oczy pieką, w pracy kawa nie pomaga, ziewam i przysięgam sobie, że dzisiaj położę się spać choćby o 21, żeby chociaż raz się wyspać. A potem wracam do domu, trochę mi senność przechodzi, za to wieczorem – młoda bogini, mogłabym oglądać te cholerne filmy i szydełkować te … robótki do pierwszej, drugiej, proszę bardzo. Ogarnia mnie zapał do wszystkiego, tylko nie do spania. I nie, że mam problemy z zaśnięciem – zazwyczaj przykładam głowę do poduszki i już mnie nie ma. Ale jak ja lubię posiedzieć wieczorem…

    Nagroda Dextera – bardzo fajna. Album „Jak robić zdjęcia”. Bardziej dla mnie, niż dla niego, w sumie to mi się należy :-). Za te 12 lat drogi przez mękę edukacji.

    Urodzinki J – mogą być. Deedee została tam na trzy dni, w piątek ją odbiorę, a będzie to dzień jej imienin. I teraz nie wiem, co jej dać na te imieniny. Może zabiorę ją na zakupy i kupię jakiegoś ciucha? Ciuchy to ona lubi, ale co to za prezent, kiedy np. przedwczoraj kupiłam jej sandałki ot tak, przy okazji własnych zakupów w Decathlonie?
    Klocki Lego? Owszem, lubi, ale ma ich tyle, że trzeba je trzymać w pudłach po całym pokoju. A bawi się tak naprawdę raz na jakiś czas i nie za długo.
    Może zabiorę ją do zabawkowego?
    A może nowy dywan do jej pokoju? W związku ze zbliżającym się remontem? Ale co to za prezent? I tak jej się należy.
    A za miesiąc będzie miała urodziny i cała zabawa od nowa.

    I jeszcze czeka mnie w najbliższym czasie wybór prezentu dla m z okazji bardzo okrągłej rocznicy ślubu, prezent dla Dextera na urodziny i z okazji dobrze (daj bosz) zdanej matury…
    I cztery imprezy urodzinowe w czerwcu, które chyba połączę w jedną.


    • RSS