batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 7.2012

    Może ktoś wie?

    Wczoraj parno i duszno, w nocy deszcz, rano oberwanie chmury, teraz słońce jak dzwon. Chciałabym pojechać jeszcze w tym tygodniu do labiryntu kukurydzianego w naszej okolicy, ale nic nie można zaplanować. A to już ostatni tydzień Kamilki u nas. Ten labirynt wydaje mi się fajną zabawą, nawet dla mnie :-)

    Wczoraj miałam taką migrenę, że aż łzy mi leciały. Myślałam, że oczy wyskoczą mi z głowy. Poszłam spać o dziesiątej, przedtem łyknęłam dwa Panadole extra i jak obudziłam się w nocy, to byłam najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, bo nie bolało. Musiałam się wynieść do drugiego pokoju (tak, wrócił i znowu mi chrapie). Potem z kolei jakiś zabłąkany komar zabzyczał nad głową, za pierwszym razem tylko mnie obudził, za drugim razem tak się huknęłam w ucho, że zobaczyłam gwiazdy mimo pochmurnej nocy. Wstałam, żeby go wypatrzeć (baaardzo śmieszne, wiem). Więcej się nie odezwał, więc być może palnięcie nie poszło na marne.

    Dzisiaj już zachciało mi się znowu żyć.

    Deedee wczoraj jadła z K i Z lody i nie domknęła zamrażarki w pokoju babci. Nie dość, że całą noc chłodziliśmy pokój, w którym było 30 stopni, to jeszcze rano przywitała nas jagodowo – truskawkowa rzeka. Jak sama podsumowała „oj tam, raz na jedenaście lat mi się zdarzyło”. No fakt, Dexterowi zdarzyło się też raz. Musi być jakaś rodzinna tradycja.

    Jak już mowa o Dexterze, to daje popalić, oj daje. Myślał, że spędzi bajeczne wakacje za stówę. A jak nie - to rodzice przyślą. A tu zonk, nie przyślą. No i dramat w trzech aktach. Woodstok stał się sprawą życia i śmierci. Zapomniał już gnojek, ile nas kosztowały jego prawko , nadal nie zdane zresztą; jego opłaty rekrutacyjne; że pozwoliliśmy mu studiować w stolicy, co nas pociągnie dalszymi kosztami. Oj, rozpuściliśmy go sobie, oj.
    Dzisiaj rozwiązał, przynajmniej częściowo, swój problem, ale czeka go dłuuuga rozmowa ze mną.

    Ale tan brak odzewu to sobie zapamiętam…

    A teraz uwaga, podaję pomysł na.
    Trzeba do michy wrzucić pół opakowania rukoli (najlepiej tej z Tesco, bo przynajmniej nie ma w niej piachu). Wkroić kilkanaście pomidorków koktajlowych, wkruszyć prawie cały szczurzy ryjek sera pleśniowego (niebieski albo zielony, byleby śmierdział), wsypać ziarna słonecznika, które w międzyczasie się uprażyły na patelni, pokropić octem balsamico i oliwą. Voila!
    Zjadłam szybciej niż zrobiłam, bo mamy już prawie siedemnastą, a ja od rana jadę na dwóch mikrobułeczkach i jogurcie.

    A nie zrobiłam wcześniej, bo kuchnia i salon właśnie „się malują”. W końcu nie wytrzymałam i prześliznęłam się między drabinami i farbami, żeby popełnić ww sałatkę.
    Jutro kończą, alleluja! Trzeba się potargować, może chociaż w tym pomożecie, bo ja nie umiem? Też zero odzewu?
    Halo?! lo.. lo… lo….
    Dobra, nie to nie.
    Zahasłuję się i tyle. Wtedy też będę sama ze sobą gadać.

    Właśnie poszłam popatrzeć. Salon i kominek wyglądają dokładnie tak, jak chciałam, a nawet lepiej. No zajebiście po prostu.
    Jutro minie trzy tygodnie tego remontu. Jesteśmy na skraju bankructwa, ale na razie wydaje mi się, że było warto.

    W kibelku doszłam do wniosku (tam się najlepiej dochodzi do wniosków, prawda?), że człowiek zaskakuje sam siebie przez całe życie. Zawsze myślałam, że jestem typem samotnika. Właściwie to jestem pewna, że byłam. A po tylu latach w domu wypełnionym rodziną, znajomymi, przyjaciółmi nagle okazało się, że ledwo przetrwałam jedną noc w samotności. Rano zaczęłam rozmawiać z kotami. Już się nie dziwię mojej teściowej.

    Morski wylk zadzwonił z rynku w Karlskronie. Pytał, co ma mi kupić szwedzkiego. Poza paroma lampami z Ikei nic mi nie przychodzi do głowy.

    Wczoraj byłam pewna, że dziś dotrzyma mi towarzystwa A. Obejrzałam więc niezły thriller (ta krowa morska mi się przyśni, jestem pewna).
    A dzisiaj okazało się, że A dokonuje wielkich zmian życiowych i nie może przyjechać. Jestem sama w domu; kot z kanapy wpatruje się co chwilę w drzwi za mną.
    Jeśli ktoś się zlituje i przyjedzie obiecuję pyszną kolację. I drineczka.
    Help.

    O, a teraz koty skradają się po salonie i skrzypią panelami. Mam nadzieję, że to koty, a nie krowa morska.

    Help.

    Wylky morskie :-)

    Średnio młode wilki zresztą.

    Niektórzy nazywają to kryzysem wieku średniego…. Ale nie sądzę, żeby to było to, bo oni zawsze mieli takie pasje, a m został przez nich wyciągnięty prawie siłą, a więc też trudno powiedzieć, żeby to był dobrowolny wypad w celu podbudowania ego.
    Trochę męczący był ten ich wyjazd, bo przyjechali do nas w nocy z piątku na sobotę, ja już nie wstawałam, żeby ich witać, tylko próbowałam spać, a oni debatowali – dość głośno – nad zakupami, jakie trzeba będzie poczynić następnego dnia, żeby nie umrzeć z głodu przez tydzień na łajbie (w Szwecji nie ma sklepów? tylko wilki i renifery?).
    Rano w sobotę już mieliśmy jechać, kiedy zadzwonili, że jacht jest w naprawie.
    Panowie zasiedli do brydża i butelki rumu, wróć – whisky, a ja zebrałam dziewczyny i pojechałam do zoo.
    Takie sobie było to wszystko. Kocham nasze zoo, bo to jedyne miejsce, po którym lubię spacerować (dlatego bywam tam raz na trzy lata hłe hłe). Ale tym razem liczyłam na to, że pogoda odstraszy innych amatorów zapachu dzikiej kupy (błąd); poza tym liczyłam na to, że Camille zobaczy tam coś, czego nie widziała u siebie w zoo na Florydzie (błąd); poza tym było zimno, a one obie kaszlająco – smarkające, od kolonii nie mogą się wykaraskać.
    Jeszcze na koniec okazało się, że zostawiłam otwartą szybę w samochodzie, więcej szczęścia niż rozumu.
    Schodziłam się jak „gupia”, na szczęście udało mi się zdrzemnąć, zanim ogłoszony został początek męskiej wyprawy. Musiałam z nimi jechać, żeby zabrać jeden samochód z powrotem.
    Najpierw zakupy w Tesco, czyli lista (dwie strony), pięć wózków i galopem w alejki. Potem im trochę siadła adrenalina, więc się przy kasach rozleźli po kątach – jeden na hotdoga, jeden podrywać dziewczyny sprzedające kremy, jeden zapalić, jeden do kibelka, ostatni po kawę. Przy samochodach wydało nam się, że jakby mało tych zakupów, wróciłam do sklepu i znalazłam jeden wózek porzucony przy alkoholach. Mężczyźni :-))) W dodatku w tym wózku był towar strategiczny, czyli między innymi srajtaśma.
    Nogi mi w tym Tesco wlazły w wiadomo co.
    Następnie ruszyliśmy na wielką przygodę, czyli poszukiwanie przystani, w której jest ten jacht. Musiałam dwa razy zawracać na moście wantowym pod prąd między pachołkami. Już myślałam, że się od tego mostu nie odczepimy.
    Tekst jednego z wilków po wyjściu z samochodu: „Gdyby to było Westerplatte, Niemcy w życiu by tego nie znaleźli”
    Kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce, czekała tam poprzednia załoga, wszyscy opaleni na brąz. Jak zobaczyłam tę łódeczkę, to niesmiało zaproponowałam emowi, że może mu jednak wykupię tę wyższą opcję ubezpieczenia. Obśmiali mnie, więc sobie pojechałam do domu, gdzie dotarłam już o 23.00. I padłam na pysk. Przedtem pogadkowałyśmy sobie jeszcze z D.
    :-)

    A teraz cieszę się nowym prysznicem, wchodzę, zapalam światełko, włączam radio, masuję stopy i testuję maseczki do twarzy (no bo co można jeszcze robić pod strumieniem wody – poczytać się nie da, niestety). O, właśnie wymyśliłam coś wartego milion dolarów – wodoodporny czytnik e-booków.

    Teraz już pozostaje mi cieszyć się ciszą (względną, bo właśnie Dexter włączył jakiś metal u siebie w pokoju) i wolnością. Dziewczyny pojechały wczoraj na parę dni do kuzynki. Dexter wybywa jutro na Mazury ze swoją G. Teściowa wybywa we wtorek na kilka dni. A robotnicy wybywają z domu mam nadzieję, że również we wtorek. W czwartek wracają córeczki, w piątek teściowa, a w niedzielę jadę po pięciu chłopa i skrzynię umrzyka pełną dorszy. Będzie sushi :-)

    To jeden z tych dni, co „bez kija nie podchodź”.
    Dziewczyny kaszlą i smarkają.
    Kot kuleje (mniej, ale i tak mnie wkur…)
    Budowlańcy nie chcą kupić sami wełny do kominka.
    W hurtowni mówią przez telefon, że mają wełnę, a jak się dotelepałam kilometr czymś, co się nazywa droga wzdłuż torów, to okazało się, że nie ma, a potem, że jest, ale w beli dziesięciometrowej i jak chcesz to kup całą i się nią owiń.
    O forsie nie wspomnę.
    Dexter pojechał zdawać prawo jazdy, egzamin o 14, do 16 będę chodzić na rzęsach, a jak się znowu nie uda (a wielkich nadziei nie ma), to pierdolę, niech sobie żyje na zasiłku bez prawka, politolog jeden.
    Mamy najbardziej deszczowy lipiec w historii, a jego kurtka leży w Białej Podlaskiej.
    Nawet śliczna, wylizana do czysta, niebiańsko błękitna sypialnia mnie cieszyła przez 5 minut.
    Pół kominka stoi w salonie i czeka na wełnę.
    Żeby podłączyć prysznic, który czeka w garażu, trzeba wiercić dziurę w ścianie pomalowanego i wysprzątanego już pokoju.

    Pierdolę, robię sobie jutro urlop. Pojadę z dziewczynami do zoo. Pewnie będzie gradobicie. Albo położę się w swojej sypialni i owinę wełną ze złotkiem.

    Przed weekendem nastroje w domu były takie sobie, bo Dexter nie dostał się na kierunek, który najbardziej chciał, dostał się za to na politologię w Poznaniu i Warszawie. Wyczyn niewielki. Oczywiście użył całej gamy środków, żeby nam pokazać, jak to bardzo, ale to bardzo MUSI studiować w Wwie i że ta politologia jest równie dobra, a nawet lepsza od dziennikarstwa. Odbyliśmy kilka niezbyt przyjemnych rozmów. Jak na złość, na gdański nie złożył wcale na politologię, więc jesteśmy w kropce. Oczywiście napsuliśmy mu sporo krwi, zanim pozwoliliśmy złożyć papiery do Wwy. Jestem zła i już mam plan na dalszą edukację Deedee. W ten sposób dziś rano Dexter został wyrwany dziś z pięknego snu i siedzi teraz w autobusie do Wwy. Oczywiście nie zdąży już dziś złożyć papierów, bo dziekanat pracuje, a jakże, do 15. Jutro jest ostatni dzień. Osiwieję.

    W sobotę zrobiłam sobie urlop od życia i nie pojechałam na urodzinki do Kościerzyny. Oddelegowałam rodzinę, a sama próbowałam jednocześnie sprzątać i wyluzować. Wyszło nieźle.
    Pokój zwany zielonym jest nadal zielony, tyle, że jak trawka na wiosnę. To na razie największa porażka tego remontu.
    M zrobił mi wielką przyjemność i zabrał mnie po powrocie z Kościerzyny na przedstawienie Sceny Letniej, na „Skrzynkę Pandory”. Scena, jak wiadomo, jest w tym roku letnia tylko z nazwy, uratował mnie koc, który przezornie zabrałam. A i tak było parę minut, kiedy komary postanowiły nas ogryźć do kości. Ale przedstawienie było fajne, lubię komedie w teatrze, aktorzy jak zwykle świetni, najzabawniejszą rolę miała Anna Kociarz. Tylko te „brzydkie wyrazy”… No cóż, widocznie nie da rady bez takiego słownictwa wystawić współczesnej sztuki. Oczywiście kilkoro dzieci znalazło się na widowni, chociaż są wyraźne opisy „tylko dla dorosłych”.

    Niedzielę jeszcze czuję w kościach, bo pojechaliśmy kupić resztę potrzebnych do remontu rzeczy, między innymi kabinę prysznicową. Ciężka dość. I do tego teściowa otruła mnie naleśnikiem z grzybami. Wieczorem akcja z papierami na studia, ekspresowa produkcja zdjęcia do legitymacji elektronicznej – studenckiej. Opłata za ELS. Potwierdzenie. Podanie. Wydruk. Lekka panika, bo dwa zdjęcia jeszcze potrzebne. Szukanie. Znowu panika, bo zdjęcia mają być te same, co na ELS. Następna panika, bo dokumenty mają być dostarczone osobiście, a nie kurierem.

    Biedne nasze dziewczyny, nudzą się w rozgrzebanym domu, zamiast spędzać wakacje czynnie. Muszę się z nimi wybrać chociaż do zoo w tym tygodniu.
    Żeby jeszcze tak wygrać z 10 tysięcy w radio…

    Oj

    3 komentarzy

    takiej długiej przerwy to chyba nie miałam. Jak już wspomniałam, dzieje się…
    Jest o czym pisać, tylko od czego by tu…?
    Od środy panowie robią rozpierduchę w domu. Wróć. Słowa rozpierducha nie mogę tu użyć, bo byłoby to niesprawiedliwe. Przed remontem była rozpierducha, teraz zaczyna ład wyłazić z kątów. Tak czystej ekipy to jeszcze nikt z Was nie widział. Nie zostawią w domu nawet złamanego ołówka. Całego też. Ani śrubki. Przychodzę z pracy, a oni kończą myć podłogę i wychodzą. Od wczoraj mam rozebrany kominek w salonie, a nie odczuwam tego w żaden sposób. Oczywiście, ścieranie kurzu nie ma sensu, ale też niewiele tego kurzu jest jak na taką robotę.
    Poza tym poznikały wszystkie pierdółki – świeczniczki, wazoniki, obrazki, suszone kwiatki, laurki, filiżanki i inne durnostojki – i wreszcie zaczynam oddychać. Co się da, to wyrzucam, ale łatwo nie jest – po pierwsze zwalczyć własną chomiczą naturę, po drugie przewidzieć, czy aby ta właśnie muszelka nie stanowi czyjejś własności intelektualnej o natężonym zabarwieniu sentymentalnym. Chyba nie, skoro leży na kominku od roku.
    Jedyne miejsce, którego nie dam ruszyć, to moja własna graciarnia, zwana garderobą w sypialni. To nie jest miejsce dla starych, tfu, dla ludzi o słabych nerwach. Tylko ja wiem, gdzie wsunąc tam rękę, żeby znaleźć np. buteleczkę nurofenu, instrukcję od starej komórki czy kłębuszek zielonego kordonka. I niech tak zostanie. Natężenie zgromadzonych tam przedmiotów mogłoby zapełnić średniej wielkości pokój, więc.
    Należy wspomnieć również o głodzie komputerowym, jakiego doznałam przez ostatnie dwa dni, bo, jak to w życiu bywa, stary monitor w końcu padł ostatecznie (a spróbujcie grać w „hidden objects” w czerwonym kolorze – straciłam jakieś dwie dioptrie). Jak się okazało, monitor czekający w kolejce od dwóch lat zrobił co? Tak, również nie działał. Oba zawiozłam do naprawy, ze starym pożegnałam się ostatecznie (nawet m stwierdził, że nie ma co w grata ładować 80 zł), nowszy czeka na części. M się zlitował i przywiózł mi wczoraj całkiem przywoity monitor z pracy (oczywiście Samsung :-)). Będę żyć.
       W szale opróżniania pokoju Deedee odłożyłam parę rzeczy dla naszej małej sąsiadki o uroczym imieniu Róża (a dałabym sobie głowę uciąć, że to jest Jagódka. Też roślinka). Ponieważ sąsiedzi mają jakiś problem z otwieraniem swoich drzwi i dosłyszeniem, że ktoś się dobija, to położyliśmy zabawki na ich trwaniku, za płotem. Okazało się, że Różyczka barrrdzo się ucieszyła i wspaniale się bawi. I że chętnie przyjmą coś jeszcze, jak będzie. Nie wiedzą, co czynią. Nie znają zasobów pokoju Deedee.
    A tu zdjęcie z wyżej wymienionego pokoju, dziewczyny zrobiły na środku szałas i w nim siedzą:

    Dwa rozczochrańce.

    Swoją drogą, jej pokój jest ukończony, wyszło bardzo ładnie, jutro wkraczam do niego i zabieram się za porządkowanie. Bosz.
       Czytam w końcu „Złodziejkę książek”, ale idzie mi jak krew z nosa, bo remont, bo komputer, bo szydełko. No kiedy mam czytać? Ale książka ciekawa, chociaż na razie nie pieję.

    W TYM MIEJSCU SKOŃCZYŁAM PISAĆ 6 LIPCA, A TERAZ MAMY DZIĘKI CI PANIE 11. NIEŹLE.

    Świetny film widziałam. Rumuński (niesamowite). Tytuł leciał jakoś „Hello, how are you?” Polecam dla małżeństw z długim stażem.

    A’propos długiego stażu. 4 lipca stuknęło nam 20 lat.

    O mały włos nie miałabym z kim świętować (w sensie męża), ale w końcu udało mu się tego dnia być w domu. Kupiłam mu jego dawno wymarzony prezent (obiecuję zdjęcie, tylko nie wiem, kiedy). O tu:

     Wygląda na to, że mu się podoba, nawet bardzo, a więc trafiłam. Zjedliśmy pyszny torcik, kwiatki były.

    Popełniłam fryzjerskie harakiri – zobaczyłam na półce farbę „miodowy blond”, pomyślałam sobie „może raz w życiu wyjdzie to, co mi się marzy?”, chociaż zdjęcie na pudełku mówiło, że wcale nie. No i jest wcale nie. Teraz za to nie mam czasu pójść i obciąć połowy tego, co mi urosło przez ostatni rok, więc pod pretekstem upałów noszę koczek, żeby nie było widać jasnych końcówek przy bardzo ciemnym przy głowie.

    Odbyła się (kiedy to było, hej?) impreza końcoworoczna, w związku z czym przez większość soboty 23 czerwca miałam w domu 9 dziewczynek. Trochę mi oko latało, kiedy poszły w kostiumach kąpielowych do ogrodu, lały się wodą, a potem wracały do domu przez salon. Ale imprezka się udała, o mało się nie pobiły, która zrobi taką za rok.

    Urodziny Dextera również przebiegły bez większych zakłóceń. Oczywiście grzeczni nie byli, ale petycji od sąsiadów nie dostaliśmy, więc chyba ok. Tylko pięć dni musiałam zajadle walczyć, żeby Dexter wreszcie zdjął z domu flagę. Ściany w salonie (na szczęście trzy dni przed remontem) były całe w trupach owadzich, bo mieli otwarte drzwi na taras przez całą noc. Strzelali również z wiatrówki, ale wszystkie koty wróciły do domu w całości.

    Jest już również po koloniach, które mimo pogody (jaka jest każdy widzi) udały się, basen i jezioro wyszły dziewczynom trochę bokiem, bo to były kolonie pływackie.

    Jeden dzień był tylko pechowy dla Deedee, bo zmarzła nad jeziorem, potem pogryzły ją czerwone mrówki, a na koniec dnia dostała ostry opiernicz od koleżanki z domku, bo zużyła ciepłą wodę podczas kąpieli. Camille większych kłopotów nie miała, tylko wróciła kaszląca. Ostatniego wieczoru była dyskoteka i Deedee zadzwoniła z radosną wiadomością, że ma chłopaka i że tańczyli i w ogóle super i się pocałowali. Trochę mi świat spadł na głowę, a ona to zauważyła, bo stwierdziła „mam wrażenie, że nie jesteś zbyt zadowolona?” No nie byłam.
    Wrażeń życie mi ostatnio nie szczędzi. Kiedy pojechałam je odebrać z kolonii, nagle okazało się, że jestem z dziećmi i bagażnikiem pełnym mokrych i śmierdzących ciuchów i butów (pogoda jaka jest każdy widzi), a w samochodzie padła chłodnica. Miała prawo, nie mam pretensji, bo ostrzegała kilka dni wcześniej. Oczywiście sprawa wyszła 50 km od domu. Na szczęście wszystko skoczyło się dobrze, mechanik był, chętny do pracy, znalazł chłodnicę od ręki i o 16 byłam w domu.
    Tylko dlaczego wszystko się dzieje w tym miesiącu?! Wydatki nas zabiją.
    Poniżej zdjęcie napisu z uliczki w Kościerzynie. Bardzo nas rozbawił.

    Mniej mnie bawił, kiedy rzeczywiście sobie beknęłam 350 zł za chłodnicę.

    Jak na złość czarny kot zaczął kuleć i kulał coraz bardziej, przedwczoraj musiałam go zabrać do weta i zaczęło się leczenie, na razie nadal jest to tylko podejrzenie, że sobie coś naderwał w łokciu, o ile koty mają łokcie. Pięć dych poszło. A to dopiero początek.

    Jeszcze o koloniach – atrakcji to miały naprawdę dużo, poza basenem i jeziorem pojechały na quady, do parku linowego, na paintball, spróbowały sił na bananach ciągniętych za motorówką i złapały wirusa zwanego „wyroby z różnokolorowych żyłek służące nie wiadomo do czego, ale fajne”.

    No i temat matury i studiów.
    Wzdech.
    Wyniki matury były całkiem całkiem, ale jak na kierunek, który sobie Dexter wybrał, niestety niezbyt satysfakcjonujące. Zapłaciłam 680 zł samych opłat rekrutacyjnych za kierunki, które wybrał w czterech uniwerkach (ma chłopak rozmach). Dzisiaj po południu będzie wiadomo, czy się na którykolwiek dostał. A wróżby nie są pomyślne.
    Ku pamięci sobie tu zapiszę, to kiedyś porównam z Deedee (chociaż to pewnie będzie można o kant d… rozbić przy tych wszystkich reformach szkolnictwa, pewnie to już będzie zupełnie inna matura)
    Polski 74% / 80%
    Ang 97% / 68%
    Mat 60%
    WOS rozszerzony 32% (no tutaj to się nie popisał, wiedziałam, że nie warto płacić za rok kursów przygotowawczych i walczyć z nim co sobotę, żeby wstał i pojechał na nie do Gdańska)

    No i remont. Robię sobię zdjęcia pokojów przed i po i to jest jedyna w tym wszystkim przyjemność. No, może jeszcze kupowanie tych farb, lampek, wyposażenia, kafelków itp – bo ja to lubię. Lubię też opróżniać pokoje i potem widzieć je odświeżone; i puste :-)
    Za to z wielką niechęcią myślę o tym, skąd na to wszystko wziąć forsę oraz jak to wszystko z powrotem władować do tych pokojów. Możliwości wyrzucenia mam ograniczone – raz na dwa tygodnie wywożą nam śmieci, a jeśli coś odłożę na późniejsze wywózki, to z każdego rupiecia muszę się tłumaczyć – dlaczego to wyrzucam, przecież to się jeszcze może przydać, jest w ogóle nie zniszczone i zalega w garderobie / na strychu / w szafie / pod łóżkiem tylko osiem lat.
    Do tego wszystkiego mam w domu regularną wojnę domową między babcią i dziećmi, kulejącego kota, kaszlącą Camille i nieobecnego ciałem i duchem męża.
    Dobrze, że przynajmniej ekipa jest bezproblemowa – kumaci, czyści, niepijący, czyści, nie rzucający się w oczy i czyści.
    Takiego czegoś jeszcze w życiu nie widziałam i nie słyszałam, żeby jakaś ekipa myła codziennie podłogi wychodząc, żeby myli okna po zakończeniu malowania pokoju i jeszcze się z Pronto przelecą po meblach. Wnoszą i wynoszą kanapy, biurka, nawet nie westchną.
    Nikomu nie dam namiarów, bo ich rozpuścicie ;-)

    Dobra, dodaję zdjęcia i obiecuję więcej tak nie zapuszczać blogusia.
    Tu mamy koty podczas wizyty ich lekarza domowego, czyli naszej świeżo upieczonej „pani weteryniarz” :-)

    „My tu właśnie wychodzimy, a jeśli chodzi o tę strzykawkę, to wcale a wcale nas nie dotyczy”


    • RSS