batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 8.2012

    że na robótkowym blogu przybyło zdjęć. W końcu się zmobilizowałam, wyprałam i opatentowałam sposób na naciąganie serwetek – doskonale posłużyła duża, narożna, rozkładana kanapa z materacem – w sam raz twardym i w sam raz miękkim.

    Poza tym jest pełnia, więc czekam na radosną nowinę z Norwegii :-)

    Wczoraj obejrzałam z końcu „Druhny” – nawet m ze mną obejrzał, a więc chyba mu się podobał, chociaż zaśmiał się tylko raz. W sumie to z Kac Vegas bym tego nie porównywała, bo tamto była dzika komedia, a tu niby dzika komedia, ale raczej romantyczna. Główna bohaterka ciekawa postać. Poziom żartów – oczywiście jak przystało na nasze czasy głównie opierało się na defekacji (odwieczny problem „czy piękne kobiety robią kupę?”). Okazało się, że robią, nawet na środku ulicy.
    Parę sytuacji przypomniało mi wspólne imprezowanie z D :-)))
    W dwóch miejscach szczerze się uśmiałam.

    Za to „Melancholia” Larsa von T – tak, wiem, przysięgałam, że już żadnego jego filmu nie obejrzę, ale skoro był za darmo…
    No więc ta „Melancholia” – nie wiem. Bardzo ciekawe zdjęcia, temat straszliwie smutny, bo o depresji; i jeszcze ta planeta… Pierwszą część obejrzałam jednym okiem, żeby mnie znowu reżyser znienacka nie walnął między oczy. Druga część, wczoraj, była tak smutna, że… usnęłam i nie wiem, jak się skończyło :-) A ja naprawdę nie mam zwyczaju zasypiać przy filmach. I nie jestem pewna, czy ciekawi mnie zakończenie.

    Jeszcze wcześniej: „Kobieta, która pragnęła mężczyzny” – omg jaki nudny film, podałam się po 10 minutach, nawet dzierganie nie dawało rady.

    A jutro NA GRZYBY! I ostatni dzień na ćwiczenia zeza. I trzeba będzie kupić spodnie Deedee. Lubię kupować coś na szczupłą… osobę ;-)
    A w weekend przyjedzie do nas M, będzie mieszkać z nami przez tydzień, bo ma pracę w Trójmieście. I może w końcu Dexter wróci do domu. Przydałoby się, trawnik bardzo za nim tęskni…

    Skończyłam wreszcie czytać „Hotel Paradise” i z zaskoczeniem zauważyłam, że to wcale nie jest kryminał tylko bardzo sympatyczna książka o dojrzewaniu.
    Teraz czekają na mnie opowiadana Trumana Capote, bardzo jestem ich ciekawa. I może w końcu gdzieś dorwę film o nim?!

    to tyle, że weekend był fajny, zrobiłam połowę następnej serwetki, a Deedee miała usg – dokładne – i nic nie wykazało :-)
    A, jeszcze widziałam wczoraj świetny czeski film „Idealne dni” – bardzo dobry, chociaż się nie spodziewałam aż tak. POLECAM

    Ze złych wiadomości – nie chce mi się; tak strasznie mi się nie chce, że aż boli; wyprać, naciągać i prasować tych moich serwetek, a więc nie wiem, kiedy będą zdjęcia.

    Dostałyśmy trzy wory ciuchów dla Deedee – po kuzynce – znowu nie ma ich gdzie schować, a starych NIECHCEMISIĘ przejrzeć i posegregować. Nie znoszę tego robić – cały dzień w plecy, a za chwilę znowu burdel w szafie.

    Ale mieliśmy pyszności z grilla, do tego nawet ich nie spaliliśmy!

    Dexter nadal nie wraca do domu, ja nie wiem, jak oni tam z B sobie radzą, ale mam nadzieję, że się nie pozabijają. Jak sam stwierdził: „Wreszcie trafiłem na to słynne szkolenie do B, którym tak mnie całe dzieciństwo straszyliście” :-) Poza tym powiedział, że już się tak nie boi o przyszłość, bo w razie czego umie sobie dom zbudować. Ok.

    Wyjechałam do pracy dość późno, bo szykowałam sobie śniadanie, którego następnie nie zabrałam. Przejeżdżając przez jedną z wiosek po drodze ze zdumieniem zanotowałam, że słyszałam koguta. A więc jeszcze ktoś się na wsi jeszcze zdobył, żeby trzymać kury?! Swoją drogą, to kogut też już przejął nawyki miastowe, bo była 7.40.

    Wczorajszy seans wieczorny pozostawił niedosyt – film niezły, aktorzy świetni, bardzo ładne plenery – Kraków i okolice. Historia również ciekawa, tylko ja się nie nadaję do kryminałów. Nie zrozumiałam końcówki. Może ktoś widział i wie? Film „Uwikłanie”, produkcja Machulski, reżyseria Bromski i naprawdę fajnie zrobiony. Podejrzewam trochę, że może po prostu chcieli pokazać, że zawsze znajdzie się większa ryba, która połknie tę dużą?

    Deedee przechodzi okres fascynacji tenisem, a to z powodu pewnego didżeja i jego teledysku. Wczoraj z wyprawy do Gdańska, tym razem z tatą, wróciła z opaską na głowę. Naciągnęła ojca. To znaczy właściwie to ojciec sam się naciąga, bo ona miała zamiar sobie kupić za swoje ostatnie pieniądze, ale tata lubi kupować różne rzeczy dzieciom, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia i nie musieć z nimi przebywać ;-) I męczy, że chce chodzić na tenisa. W sumie, to wolę taką fascynację, niż żeby uciekała z domu na koncerty :-)

    Znowu zrobiłam racuchy drożdżowe, ale tym razem się nimi otrułam. Były pyszne, wyrośnięte, złociste… i nie wiem dlaczego, ale umierałam po nich cały wieczór. Reszta rodziny ok, więc może się po prostu przeżarłam?

    M podsumował naszą Kerę, że jest najbardziej komunikatywnym kotem z całej trójki, a wręcz ich rzecznikiem prasowym :-D Rzeczywiście, to ona nas budzi, żeby wypuścić całą trójkę na dwór o czwartej rano.

    Jeździmy z Deedee od poniedziałku na ćwiczenia zbieżności oczu do poradni we Wrzeszczu. Przy okazji staram się załatwić jak najwięcej spraw związanych z miastem, żeby potem tam nie wracać :-)
    Pierwszego dnia zahaczyłam o pasmanterię, w której nigdy nie byłam, a taka stara i znana. I, jak się okazało, mała i nieciekawa. Ale kupiłam dwa przepiękne kordonki, będą śliczne serwetki. Kupiłam też dla mojej mamy rajstopy takie, jak lubi (nie na facebooku, na tyłku). Powstrzymałam teściową przed poszukiwaniami podkoszulki dla Deedee, bo uparła się i nie przyjmuje do wiadomości, że od 20 lat dzieci już takowych nie noszą. Na szczęście to jeszcze ja decyduję, co nosi moje dziecko. Ale determinacja mojej teściowej w różnych sytuacjach zaczyna mnie przerażać. Jak choćby w kwestii wyjazdu na pogrzeb.
    Drugiego dnia musiałam zaliczyć dwa miejsca – opłata za te ćwiczenia oraz kupno koszulki dla m. Jeszcze chciałam zahaczyć Castoramę, bo nieszczęsny prysznic nadal czeka na syfon, ale okazało się, że pomyliłam z Castoramą Praktikera. Dzięki przytomności Deedee już wiem, że jednak tę Castoramę mam niedaleko i dziś zahaczę. Albo jutro, bo bardziej „kręci ” mnie kierunek Fashion House :-)
    O, kurka, nie zapomnij zatankować!

    Serce mi pęknie od patrzenia, jak ten biedny kot się męczy. A do operacji jeszcze parę dni.

    Obejrzałam bardzo ciekawy program na Planete o Madonnie. Nie skasowałam, bo może jeszcze kiedyś będę miała pod ręką kogoś, z kim mogłabym to obejrzeć i obgadać. Jej brat jest do niej równocześnie bardzo podobny i zupełnie niepodobny :-) A jej przypuszczalne operacje? Praca nad ciałem? Zasugerowali, że już w młodości zaczęła brać hormony opóźniające starzenie się.

    A wieczór upłynąl mi na naprawdę dobrym filmie „Hej skarbie”. Słyszałam o nim, jak były Oskary 2010, w końcu miałam okazję nagrać i obejrzeć. Nie będę się silić na recenzję, powiem krótko: „ojapierdziu…”
    Drugie „ojapierdziu” wymsknęło mi się, jak sprawdziłam przed chwilą na filmwebie obsadę filmu. Kravitza to nie rozpoznałam, Mo’nique owszem. Ale że Mariah Carey, to nawet mi tak błysnęło, czy to nie ona, potem wybiłam to sobie z głowy. Dzisiaj czeka mnie końcówka do obejrzenia, nie mogę się doczekać.

    PS: A wiecie, że jest nowe polskie słowo? Widziałam już nie raz w necie.
    „spowrotem”
    :-)))

    Tylko muszę wygładzić.
    Kończę berecik dla Deedee.

    Podsumowanie weekendu takie sobie – niby fajnie, że parę dni bez dzieci i śmieci, spokój i odpoczynek, ale co to za odpoczynek, jeśli przychodzą takie wieści, jak pogrzeb w rodzinie oraz że będę miała trzy koty na jedenastu nogach :-(

    Tak….

    Odwiedził nas też niespodziewanie kuzyn m, ze swoją dziewczyną. Fakt, że wyszły mi takie bitki wołowe na obiad, że klękajcie narody.
    Deedee wróciła z wizyty u chrzestnego zadowolona i opalona, zaliczyła wystawę kotów, końcówkę jarmarku i karuzele, pyszne spaghetti z bekonem w knajpce. Trochę zmęczona bezustanną adoracją ze strony małego kuzyna. Stęskniona za mną, a ja za nią.

    Obejrzałam też „Wymyk” z Więckiewiczem – trochę nierówny, ale niezły film. Na karb własnego przygnębienia mogę położyć to, że przez pół filmu nie wiedziałam, o czym on właściwie jest.

    I udało mi się obejrzeć naprawdę niezły film z Benem Affleckiem. To już jest ewenement. Jakby ktoś chciał, to podaję tytuł – „Man of town”, czyli Człowiek z miasta

    Ciszaaa…

    4 komentarzy

    w domu jak makiem zasiał. Jedno dziecko krąży po Polsce, drugie po Trójmieście. M czyta, babcia ogląda swoje tvny na górze, a ja rozkoszuję się ciszą, samotnością, robótką i filmami, które czekały w kolejce na obejrzenie.
    Nagrałam np. dwugwiazdkową komedię, po której nic wielkiego nie oczekiwałam, a okazało się, że naprawdę niezła, oczywiście jak na francuską komedię. Oglądałam sama, a i tak kilka razy uśmiałam się głośno. I historia niebanalna.
    Ach, no tak – tytuł „Nic do oclenia”
    I jeszcze dokończyłam bardzo wzruszający film „Sekret Harry’ego”. Piękny.
    A w ogóle to na Kino Polska przyuważyłam ostatnio, że będzie pierwszy odcinek „Ballady o Januszku” i obejrzałam. A potem nawet pamiętałam i obejrzałam drugi odcinek! Teraz to już muszę ustawić sobie przypominacza, bo nigdy nie udało mi się pamiętać o trzecim odcinku jakiegokolwiek serialu. Wiem, serial smutny i ponury, ale dobry, a ja lubię stare polskie seriale. Oczywiście na szczycie jest „Dom”, ale „Balladę…” też uwzględniam. Zaraz po „Wojnie domowej”, „Czterdziestolatku”, „Daleko od szosy”, „Kobiecie za ladą” (wiem, to nie polskie, ale ten sam czas mojej młodości) i jeszcze długo mogłabym wymieniać, ale właśnie nadjeżdża szefostwo i ocknę się jak będzie piętnasta. Ostatni dzień wyjątkowo długiego, bo dwutygodniowego, urlopu mojego pracowego kolegi.
    A w związku z intensywnym oglądactwem moja złota serwetka – trzecia w tym miesiącu – dobiega końca. W niedzielę ją sobie wypiorę, wyprasuję, sfotografuję i pokażę.
    Albo nie :-)

    przed jutrzejszym dniem. Pazurki pomalowane, jadłospis w głowie, nawet jeden placek do pani Walewskiej upieczony. Trochę za bardzo, jak zwykle zapomniałam nastawić przypominacz.
    M kupił wczoraj „Rybkę zwaną Wandą”. Obejrzę, jak tylko będę miała okazję. Wczoraj chciałam obejrzeć z dziewczynkami, ale po 5 minutach okazało się, że to jeszcze nie film dla nich. A wydawał mi się taki niewinny.
    I ciągle mam ochotę obejrzeć jeszcze raz „Niczego nie żałuję”, ale co pomyślę o włączeniu, to już się wzruszam, więc odkładam na kiedy indziej. I tęsknię za „Soprano”. Najfajniej byłoby obejrzeć to znów po raz pierwszy, ale takie rzeczy to tylko w… timobajl :-)
    Ale wydaje mi się, że jeszcze bardziej tęsknię za tamtymi tygodniami, kiedy m kupował kolejną płytę, przyjeżdżał i z zapartym tchem spędzaliśmy miły wieczór razem. Teraz już nie chce oglądać ze mną filmów – woli się położyć w sypialni z książką.
    Ach, i jeszcze był to czas, kiedy D wpadała prawie co weekend, a jak nie przyjechała, to walczyłam z ciężką urazą :-) I oglądałyśmy filmy, gadałyśmy, oglądałyśmy, gadałyśmy…
    A pamiętasz, jak opijałyśmy Twój świeżo zdobyty tytuł magistra? Do rana, we dwie, w zielonym pokoju, z uchem przy głośniku, żeby nie obudzić całego domu. I wymykanie się na paluszkach z pokoju po kolejną porcję lodu do szklanek, a tam blady świt już zaczynał powoli wsączać się do domu…
    Teraz to sobie już nie pobalujemy przez jakieś dwa lata. To razem będzie trzy!! Dżizas.

    Bohatersko wtarabaniłam się wczoraj na strych i znalazłam dwie filiżanki, które bardzo chciałam wyeksponować na oknie w kuchni. Przy okazji znalazłam kartony ze zdjęciami i obrazkami w ramkach. Mam fajny pomysł na powieszenie zdjęć w nowej aranżacji, ale to trochę potrwa, bo kasa. W pierwszej kolejności kupię firanki do salonu, potem dopiero zdjęcia na schodach.
    Mam też pomysł na prezent dla małego Norwega, ale o tym nie mogę napisać :-)
    I zaczynam już niecierpliwie wyczekiwać momentu kupna biletu do Norwegii.

    Widzę, że blog pl próbuje nas wystraszyć przed jutrzejszym dniem, ale nadal nerwy ze stali i niezłomnie nie przenoszę. Jak chcą, niech sami przenoszą.

    Pamiętać: oddać fotelik samochodowy Nikosiowi.
    To już ostatni fotelik w moim życiu. Wzdech.

    Udał się weekend niebywale, chociaż mama próbowała w piątek wieczorem wszystko zsabotować. Ale w sobotę jednak dała się zabrać, co jest WYDARZENIEM, bo mama już od dawna nie chce za żadne skarby nas odwiedzać. W tym roku była jeden dzień, w Wielkanoc, u siostry, jeden dzień u brata – miesiąc temu jak robił wszystkie imprezy hurtem no i teraz u nas, nawet przenocowała. Po drodze zajechaliśmy do siostry, żeby jeszcze mama obejrzała sobie ich nową kuchnię i spróbowała dobrej kawki z ekspresu. Za to u nas oglądała efekty remontu, a wieczorem „Titanica”. Przeżywała bardzo, m tłumaczył jej niektóre momenty, nie chciała podzielić filmu na dwa dni, do 23.00 obejrzała cały. O północy, naładowana wrażeniami padła – dosłownie – do łóżka, jeszcze musieliśmy ją ułożyć na poduszkach. Za długo zwlekała po łyknięciu tabletki na sen.
    Pogoda dopisała, tylko po co ten wiatr?
    A wczoraj pojechaliśmy na mszę, po kościele odstawiliśmy mamę do domu i pojechaliśmy na Skwer Kościuszki, na lody i kawkę.
     Ach, przedtem jeszcze przeurocza rodzinna konwersacja pod kościołem na temat… okołokupowy. :-) Pan, który był świadkiem mimo woli, zachował kamienne oblicze.

    Przeraża mnie moja teściowa, która zachowuje się jak małe dziecko. Mijaliśmy pana, który pchał wózek z napisem „krakowskie obwarzanki”. Ja i m obśmieliśmy się z tego, bo nie ma to jak pojechać nad morze, żeby zjeść krakowskiego obwarzanka. Jeszcze akurat ktoś do tego pana zadzwonił i pewnie pytał, jak idzie interes, bo usłyszeliśmy tylko odpowiedź – krótką i zwięzłą na „ch…..”
    Teściowa tego nie zauważyła. Za chwilę wracaliśmy koło tego wózka, a ona „kup mi oj kup mi, ja tak uwielbiam!” Nie pomogło tłumaczenie, że napis „Krakowskie” nie ma nic wspólnego z zawartością. Kupiliśmy. Kawałek suchej buły z sezamem za 3,50. Zjadła (dyskretnie chowając połowę do torebki, żeby nie pokazać, jak bardzo to jej nie podeszło) i podsumowała, że nie były podobne do tych, które jadła 50 lat temu w Krakowie. Cała babcia Lala.

    Tymczasem w domu dziewczyny (Deedee i J.) zrobiły sobie kilka fryzur i sesję foto. Zdjęcia w większości typu mała Lolita. Dorastają nam dzieci, oj.

    Dexter pojechał do Krakowa (o, muszę go poprosić o obwarzanek dla babci!), bo Placebo i Wawel. Dobrze, niech jeździ, póki mu się chce. Kiedy, jak nie teraz? Myślę, że zauważy piękno polskich zabytków bardziej, jeśli sam zapłaci za bilety.
    Trafiłam na świetny wzór na serwetkę, nie mogę się oderwać od robótki.
    Telefon chyba pójdzie na allegro, przyda się parę stówek. I chyba wystawię trochę swoich kółek, bo nie widziałam takich w dziale „rękodzieło”. A co. Nigdy nic nie sprzedawałam, bo nie mam talentu, ale wszystkiego trzeba w życiu spróbować.

    Albowiem siedzę i archiwizuję swoje ostatnie 4 lata życia, coby mi nie wcięło, jak przejdę na nowy wygląd.

    Serwetkę dla koleżanki skończyłam, już następną kończę. Koleżanka zachwycona, może mnie rozreklamuje i będę miała zamówienia? Przydałoby się parę groszy na wakacje.

    Próbuję doprowadzić dom do stanu używalności, ale idzie mi jak krew z nosa. A dokładnie idzie mi krew z nosa na samą myśl o sprzątaniu. Dzieci postanowiły wczoraj zrobić mi przyjemność, Deedee odkurzyła dom, a Dexter skosił trawę. Nie powiem, pomogło trochę :-)
    Nawet babcia umyła lodówkę w środku, to już nie byle co. No to ja wzięłam i przejrzałam stertę papierzysk, jedna torba poszła na makulaturę, zostały dwie torby. Gdzie ja mam to wszystko trzymać?! Przepisów kulinarnych – pół regału plus koszyk. Poradników Domowych (które namiętnie kupuje dla mnie mama, a których ja nie mam czasu – ani chęci, niestety – czytać) jakieś dwie półki. Plus Vita – również od mamy, również nie czytam. A nie mam serca wyrzucić tak po prostu. A powiedzieć jej po tylu latach, że nie potrzeba – też nie mam serca. I tak co tydzień muszę ją usilnie przekonywać, że Tele Tydzień sobie sama kupuję.

    Wciągnął mnie ten kryminał Grimes, podoba mi się konwencja – narracja 12-letniej dziewczynki, całkiem fajnej dziewczynki. Próbuję ją porównać do Deedee lub też do samej siebie w tym wieku.

    No i odstawiliśmy Camille na samolot, po drodze próbowaliśmy jeszcze maksymalnie wykorzystać czas i pokazać jej ile się da. Zaliczyliśmy zamek krzyżacki w Świeciu, starówkę w Toruniu, a w końcu starówkę warszawską. Morderczy upał próbował nas zniechęcić, ale się udało. Wieczorem w sobotę obświętowaliśmy urodziny B (ałć – stłuczona stopa, ramię i… ucho). I gniazdo os w nodze od stołu.

    Mam dwie uwagi na temat naszej podróży
    1. W Toruniu wszystkie zabytki chowają się wobec pasmanterii, jaką tam znalazłam niedaleko Kopernika. JA CHCĘ TAM ZAMIESZKAĆ! W tej pasmanterii dokładnie.
    2. Dojazd na lotnisko w Wwie jest obecnie niemożliwy dla kogoś spoza miasta – siedziało nas w samochodzie troje, w tym na pewno dwie osoby nadprzeciętnie inteligentne, mieliśmy trzy GPSy, patrzyliśmy na znaki, ale i tak udało nam się dojechać tylko dzięki życzliwym tubylcom.
    Co jest?! Naprawdę nie da się żyć w tym kraju?

    Do domu wróciliśmy po 23 w niedzielę, a doszłam do siebie dopiero we wtorek rano.
    A teraz w pracy mam dużo pracy :-) bo kolega jest na urlopie. Co nawet nie jest złe, bo przynajmniej trzecia godzina nadchodzi codziennie błyskawicznie. Ale na dłuższą metę to sobie nie wyobrażam.

    Wczoraj zaczęłam oglądać cztery filmy, w tym dwóch nie dokończyłam, a dwa nie od początku ale do końca :-)
    Te niedokończone nie uciekną, bo nagrane, za to dokończone…

    Uczta dla zmysłów.
    Pierwszy to „Giuseppe w Wwie” (w programie były „Zakazane piosenki”, na szczęście m przytomnie powiadomił mnie, że leci jednak Giuseppe) i tak sobie razem oglądaliśmy – m w Kętrzynie, a ja w domu. Przerzucając się smsowo tekstami Cybulskiego.

    A potem zobaczyłam, że na HBO Comedy puścili Mela Brooksa – „Producenci”. I znowu – sama w domu i chichot. Uma Thurman jak zwykle olśniewająca (ona chyba jest kosmitką, to niemożliwe, żeby mieć taką figurę). Kilku aktorów zdobyło moje serce:
    1. Przede wszystkim Will Ferrell - brawurowo zagrał fana Hitlera
    2. Duże wrażenie zrobił na mnie Nathan Lane - jego występ w celi, streszczający całą przygodę, zaparł mi dech w piersi
    3. Para filmowych gejów – Roger Bart i Gary Beach – sama nie wiem, który lepszy
    Matthew Broderick jak zwykle mnie nie ruszył.
    Ale scena na dachu, gdzie we trzech tańczą niemiecki taniec – re we lac ja


    • RSS