na tych grzybach. Chociaż prognozy nie były za dobre – ani pogodowe, ani grzybowe. I zaiste, to był jedyny dzień w ostatnich dwóch tygodniach, kiedy padało. Cały czas. Pierwszy raz w życiu zbierałam grzyby pod parasolem. Ale zebraliśmy – dużo kurek. Przy okazji potelepaliśmy się leśnymi drogami po kaszubskich wioseczkach, napasłam oczy pięknymi widokami, pokazaliśmy Deedee kamienne kręgi w Węsiorach, a na koniec zjadłam przepyszną babkę ziemniaczaną z prawdziwym zsiadłym mlekiem i popiłam kawką – taką, jaką lubię, z ekspresu, nie za mocna, dużo mleka. Deedee – wielbicielka wszystkiego, co mleczne, bo ma skazę białkową, po spróbowaniu prawdziwego mleko mało nie opluła wszystkiego dookoła. No nie podeszło, za prawdziwe :-)
Obejrzeliśmy sobie nowego Klossa, miłe zaskoczenie, że grali tam Mikulski i Karewicz oraz bardzo niemiłe zaskoczenie na widok Kota – blondyna i Adamczyka – bruneta z wąsami. To już nie można było odwrotnie?! Chyba, że Adamczyk w mundurze nie sięgał do pięt Kotowi w mundurze, wtedy zrozumiem.
W sobotę zadzwonili po nas sąsiedzi i skończyło się jak zwykle, za to nie odespałam tej imprezki, bo w niedzielę z siostrą i mamą pojechałyśmy na cmentarz, bo imieniny taty. Pogoda jak dzwon, a ja tylko się modliłam, żeby wrócić cało do domu, wyspać się i wziąć tabletkę na ból istnienia. Ale i tak było fajnie. Poszłam spać o 21, nie wiem, kiedy ostatni raz mi się to przydarzyło. I chrapanie m wcale mi nie przeszkadzało.
Dzisiaj rano tradycyjne zdjęcie dziecka na schodach, w galowym stroju. Pierwszy raz to było zdjęcie jednego dziecka, bo Dexter nadal w okolicach stolicy buduje garaż. Jego wakacje skończą się za miesiąc. Najdłuższe wakacje w życiu. I pierwszego października chyba nie będę miała okazji zrobić mu zdjęcia… Wzdech.
Korzystając z długiej, leniwej soboty skończyłam bieżnik oraz oglądałam po kolei tvnowe produkcje – najpierw skosztowałam próbki perfekcyjnej pani domu. Trochę drażni mnie jej głos, poza tym nie pojmuję idei – przyjdźcie zobaczyć jaki mam syf i nauczcie mnie sprzątać. Chyba bym się ze wstydu spaliła. I jeszcze ci partnerzy – jak pomogą posprzątać to mało ich na rękach nie noszą z radości te panie. Ja pierdykam. I nie, nie chodzi o to, że mój m zasuwa od rana do wieczora ze ściereczką, o nie, jesteśmy od tego etapu daleko. Bardzo daleko.
Ale jedna wskazówka dotycząca sprzątania zaciekawiła mnie bardzo i zamierzam to wykorzystać.
Potem leciał odcinek Surowych rodziców. Jako że też nigdy nie widziałam, obejrzałam z ciekawością. Parę spraw dało mi mocno do myślenia. Mocno. Zamierzam coś wprowadzać powoli, zobaczymy, czy wyjdzie. Początek nowego roku szkolnego jest dobrą okazją.
A jeśli już jesteśmy przy nowym roku szkolnym, to wczoraj Deedee dostała z tej okazji prezent. Grę „planszową” Angry Birds. Nawet ciekawie to sobie wymyślili. Długo pewnie się tym nie będzie bawiła, ale przynajmniej ma coś na czasie, czym mogła się pochwalić w szkole na początek :-)

Parę faktów i osób zraziło mnie mocno do kawy rozpuszczalnej, na razie rzucam, zobaczymy jak to będzie. Przerzucam się na mieloną/parzoną/plujkę/niezamocną i ciekawe, ile wytrzymam. Fakt, że ta rozpuszczalna obrzydła mi strasznie. Oj, przydałby się dobry ekspres… Może sobie kupimy w prezencie na święta? Tylko które?

W wiadomościach netowych obejrzałam sobie zdjęcia z meczu politycy kontra gwiazdy tvn. Z polityków rozpoznałam jednego :-), czyli naszego premiera, reszta nic, tylko nazwiska obiły mi się o uszy. Za to gwiazdy tvnowskie – pożal się bosz – nawet nazwiska na plecach nic mi nie mówiły.

Rano byłam świadkiem akcji ”brudny kot chce wejść do domu”. Szkoda tylko, że to był mój kot i mój dom. Wiadoma osoba zareagowała zgodnie z przewidywaniami – krzycząc wniebogłosy wpuściła go do domu, złapała, zaniosła pod prysznic, „umyła” przy akompaniamencie wrzasków i pomruków, „wytarła” – dobrze, że nie moim ręcznikiem, tylko szmatą, jedną łapę pozostawiając ani nie umytą ani nie wytartą. Oraz pozostawiając ubłocony brodzik i pół łazienki. Nawet nie komentowałam, bo nie chciałam sobie psuć poranka, który i tak był wystarczająco ponury. Ale co przeżyję, to moje.
A wystarczyło nie wpuszczać zołzy do domu, tylko zaczekać, aż doprowadzi się do porządku na tarasie. Ale nie, bo przecież biedna kocina zdechnie z głodu w pół godziny.
Jutro za to akcja z drugim kotem, czyli operacja. Osiwieję chyba.