batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Jeździmy z Deedee od poniedziałku na ćwiczenia zbieżności oczu do poradni we Wrzeszczu. Przy okazji staram się załatwić jak najwięcej spraw związanych z miastem, żeby potem tam nie wracać :-)
    Pierwszego dnia zahaczyłam o pasmanterię, w której nigdy nie byłam, a taka stara i znana. I, jak się okazało, mała i nieciekawa. Ale kupiłam dwa przepiękne kordonki, będą śliczne serwetki. Kupiłam też dla mojej mamy rajstopy takie, jak lubi (nie na facebooku, na tyłku). Powstrzymałam teściową przed poszukiwaniami podkoszulki dla Deedee, bo uparła się i nie przyjmuje do wiadomości, że od 20 lat dzieci już takowych nie noszą. Na szczęście to jeszcze ja decyduję, co nosi moje dziecko. Ale determinacja mojej teściowej w różnych sytuacjach zaczyna mnie przerażać. Jak choćby w kwestii wyjazdu na pogrzeb.
    Drugiego dnia musiałam zaliczyć dwa miejsca – opłata za te ćwiczenia oraz kupno koszulki dla m. Jeszcze chciałam zahaczyć Castoramę, bo nieszczęsny prysznic nadal czeka na syfon, ale okazało się, że pomyliłam z Castoramą Praktikera. Dzięki przytomności Deedee już wiem, że jednak tę Castoramę mam niedaleko i dziś zahaczę. Albo jutro, bo bardziej „kręci ” mnie kierunek Fashion House :-)
    O, kurka, nie zapomnij zatankować!

    Serce mi pęknie od patrzenia, jak ten biedny kot się męczy. A do operacji jeszcze parę dni.

    Obejrzałam bardzo ciekawy program na Planete o Madonnie. Nie skasowałam, bo może jeszcze kiedyś będę miała pod ręką kogoś, z kim mogłabym to obejrzeć i obgadać. Jej brat jest do niej równocześnie bardzo podobny i zupełnie niepodobny :-) A jej przypuszczalne operacje? Praca nad ciałem? Zasugerowali, że już w młodości zaczęła brać hormony opóźniające starzenie się.

    A wieczór upłynąl mi na naprawdę dobrym filmie „Hej skarbie”. Słyszałam o nim, jak były Oskary 2010, w końcu miałam okazję nagrać i obejrzeć. Nie będę się silić na recenzję, powiem krótko: „ojapierdziu…”
    Drugie „ojapierdziu” wymsknęło mi się, jak sprawdziłam przed chwilą na filmwebie obsadę filmu. Kravitza to nie rozpoznałam, Mo’nique owszem. Ale że Mariah Carey, to nawet mi tak błysnęło, czy to nie ona, potem wybiłam to sobie z głowy. Dzisiaj czeka mnie końcówka do obejrzenia, nie mogę się doczekać.

    PS: A wiecie, że jest nowe polskie słowo? Widziałam już nie raz w necie.
    „spowrotem”
    :-)))

    Tylko muszę wygładzić.
    Kończę berecik dla Deedee.

    Podsumowanie weekendu takie sobie – niby fajnie, że parę dni bez dzieci i śmieci, spokój i odpoczynek, ale co to za odpoczynek, jeśli przychodzą takie wieści, jak pogrzeb w rodzinie oraz że będę miała trzy koty na jedenastu nogach :-(

    Tak….

    Odwiedził nas też niespodziewanie kuzyn m, ze swoją dziewczyną. Fakt, że wyszły mi takie bitki wołowe na obiad, że klękajcie narody.
    Deedee wróciła z wizyty u chrzestnego zadowolona i opalona, zaliczyła wystawę kotów, końcówkę jarmarku i karuzele, pyszne spaghetti z bekonem w knajpce. Trochę zmęczona bezustanną adoracją ze strony małego kuzyna. Stęskniona za mną, a ja za nią.

    Obejrzałam też „Wymyk” z Więckiewiczem – trochę nierówny, ale niezły film. Na karb własnego przygnębienia mogę położyć to, że przez pół filmu nie wiedziałam, o czym on właściwie jest.

    I udało mi się obejrzeć naprawdę niezły film z Benem Affleckiem. To już jest ewenement. Jakby ktoś chciał, to podaję tytuł – „Man of town”, czyli Człowiek z miasta

    Ciszaaa…

    4 komentarzy

    w domu jak makiem zasiał. Jedno dziecko krąży po Polsce, drugie po Trójmieście. M czyta, babcia ogląda swoje tvny na górze, a ja rozkoszuję się ciszą, samotnością, robótką i filmami, które czekały w kolejce na obejrzenie.
    Nagrałam np. dwugwiazdkową komedię, po której nic wielkiego nie oczekiwałam, a okazało się, że naprawdę niezła, oczywiście jak na francuską komedię. Oglądałam sama, a i tak kilka razy uśmiałam się głośno. I historia niebanalna.
    Ach, no tak – tytuł „Nic do oclenia”
    I jeszcze dokończyłam bardzo wzruszający film „Sekret Harry’ego”. Piękny.
    A w ogóle to na Kino Polska przyuważyłam ostatnio, że będzie pierwszy odcinek „Ballady o Januszku” i obejrzałam. A potem nawet pamiętałam i obejrzałam drugi odcinek! Teraz to już muszę ustawić sobie przypominacza, bo nigdy nie udało mi się pamiętać o trzecim odcinku jakiegokolwiek serialu. Wiem, serial smutny i ponury, ale dobry, a ja lubię stare polskie seriale. Oczywiście na szczycie jest „Dom”, ale „Balladę…” też uwzględniam. Zaraz po „Wojnie domowej”, „Czterdziestolatku”, „Daleko od szosy”, „Kobiecie za ladą” (wiem, to nie polskie, ale ten sam czas mojej młodości) i jeszcze długo mogłabym wymieniać, ale właśnie nadjeżdża szefostwo i ocknę się jak będzie piętnasta. Ostatni dzień wyjątkowo długiego, bo dwutygodniowego, urlopu mojego pracowego kolegi.
    A w związku z intensywnym oglądactwem moja złota serwetka – trzecia w tym miesiącu – dobiega końca. W niedzielę ją sobie wypiorę, wyprasuję, sfotografuję i pokażę.
    Albo nie :-)

    przed jutrzejszym dniem. Pazurki pomalowane, jadłospis w głowie, nawet jeden placek do pani Walewskiej upieczony. Trochę za bardzo, jak zwykle zapomniałam nastawić przypominacz.
    M kupił wczoraj „Rybkę zwaną Wandą”. Obejrzę, jak tylko będę miała okazję. Wczoraj chciałam obejrzeć z dziewczynkami, ale po 5 minutach okazało się, że to jeszcze nie film dla nich. A wydawał mi się taki niewinny.
    I ciągle mam ochotę obejrzeć jeszcze raz „Niczego nie żałuję”, ale co pomyślę o włączeniu, to już się wzruszam, więc odkładam na kiedy indziej. I tęsknię za „Soprano”. Najfajniej byłoby obejrzeć to znów po raz pierwszy, ale takie rzeczy to tylko w… timobajl :-)
    Ale wydaje mi się, że jeszcze bardziej tęsknię za tamtymi tygodniami, kiedy m kupował kolejną płytę, przyjeżdżał i z zapartym tchem spędzaliśmy miły wieczór razem. Teraz już nie chce oglądać ze mną filmów – woli się położyć w sypialni z książką.
    Ach, i jeszcze był to czas, kiedy D wpadała prawie co weekend, a jak nie przyjechała, to walczyłam z ciężką urazą :-) I oglądałyśmy filmy, gadałyśmy, oglądałyśmy, gadałyśmy…
    A pamiętasz, jak opijałyśmy Twój świeżo zdobyty tytuł magistra? Do rana, we dwie, w zielonym pokoju, z uchem przy głośniku, żeby nie obudzić całego domu. I wymykanie się na paluszkach z pokoju po kolejną porcję lodu do szklanek, a tam blady świt już zaczynał powoli wsączać się do domu…
    Teraz to sobie już nie pobalujemy przez jakieś dwa lata. To razem będzie trzy!! Dżizas.

    Bohatersko wtarabaniłam się wczoraj na strych i znalazłam dwie filiżanki, które bardzo chciałam wyeksponować na oknie w kuchni. Przy okazji znalazłam kartony ze zdjęciami i obrazkami w ramkach. Mam fajny pomysł na powieszenie zdjęć w nowej aranżacji, ale to trochę potrwa, bo kasa. W pierwszej kolejności kupię firanki do salonu, potem dopiero zdjęcia na schodach.
    Mam też pomysł na prezent dla małego Norwega, ale o tym nie mogę napisać :-)
    I zaczynam już niecierpliwie wyczekiwać momentu kupna biletu do Norwegii.

    Widzę, że blog pl próbuje nas wystraszyć przed jutrzejszym dniem, ale nadal nerwy ze stali i niezłomnie nie przenoszę. Jak chcą, niech sami przenoszą.

    Pamiętać: oddać fotelik samochodowy Nikosiowi.
    To już ostatni fotelik w moim życiu. Wzdech.

    Udał się weekend niebywale, chociaż mama próbowała w piątek wieczorem wszystko zsabotować. Ale w sobotę jednak dała się zabrać, co jest WYDARZENIEM, bo mama już od dawna nie chce za żadne skarby nas odwiedzać. W tym roku była jeden dzień, w Wielkanoc, u siostry, jeden dzień u brata – miesiąc temu jak robił wszystkie imprezy hurtem no i teraz u nas, nawet przenocowała. Po drodze zajechaliśmy do siostry, żeby jeszcze mama obejrzała sobie ich nową kuchnię i spróbowała dobrej kawki z ekspresu. Za to u nas oglądała efekty remontu, a wieczorem „Titanica”. Przeżywała bardzo, m tłumaczył jej niektóre momenty, nie chciała podzielić filmu na dwa dni, do 23.00 obejrzała cały. O północy, naładowana wrażeniami padła – dosłownie – do łóżka, jeszcze musieliśmy ją ułożyć na poduszkach. Za długo zwlekała po łyknięciu tabletki na sen.
    Pogoda dopisała, tylko po co ten wiatr?
    A wczoraj pojechaliśmy na mszę, po kościele odstawiliśmy mamę do domu i pojechaliśmy na Skwer Kościuszki, na lody i kawkę.
     Ach, przedtem jeszcze przeurocza rodzinna konwersacja pod kościołem na temat… okołokupowy. :-) Pan, który był świadkiem mimo woli, zachował kamienne oblicze.

    Przeraża mnie moja teściowa, która zachowuje się jak małe dziecko. Mijaliśmy pana, który pchał wózek z napisem „krakowskie obwarzanki”. Ja i m obśmieliśmy się z tego, bo nie ma to jak pojechać nad morze, żeby zjeść krakowskiego obwarzanka. Jeszcze akurat ktoś do tego pana zadzwonił i pewnie pytał, jak idzie interes, bo usłyszeliśmy tylko odpowiedź – krótką i zwięzłą na „ch…..”
    Teściowa tego nie zauważyła. Za chwilę wracaliśmy koło tego wózka, a ona „kup mi oj kup mi, ja tak uwielbiam!” Nie pomogło tłumaczenie, że napis „Krakowskie” nie ma nic wspólnego z zawartością. Kupiliśmy. Kawałek suchej buły z sezamem za 3,50. Zjadła (dyskretnie chowając połowę do torebki, żeby nie pokazać, jak bardzo to jej nie podeszło) i podsumowała, że nie były podobne do tych, które jadła 50 lat temu w Krakowie. Cała babcia Lala.

    Tymczasem w domu dziewczyny (Deedee i J.) zrobiły sobie kilka fryzur i sesję foto. Zdjęcia w większości typu mała Lolita. Dorastają nam dzieci, oj.

    Dexter pojechał do Krakowa (o, muszę go poprosić o obwarzanek dla babci!), bo Placebo i Wawel. Dobrze, niech jeździ, póki mu się chce. Kiedy, jak nie teraz? Myślę, że zauważy piękno polskich zabytków bardziej, jeśli sam zapłaci za bilety.
    Trafiłam na świetny wzór na serwetkę, nie mogę się oderwać od robótki.
    Telefon chyba pójdzie na allegro, przyda się parę stówek. I chyba wystawię trochę swoich kółek, bo nie widziałam takich w dziale „rękodzieło”. A co. Nigdy nic nie sprzedawałam, bo nie mam talentu, ale wszystkiego trzeba w życiu spróbować.

    Albowiem siedzę i archiwizuję swoje ostatnie 4 lata życia, coby mi nie wcięło, jak przejdę na nowy wygląd.

    Serwetkę dla koleżanki skończyłam, już następną kończę. Koleżanka zachwycona, może mnie rozreklamuje i będę miała zamówienia? Przydałoby się parę groszy na wakacje.

    Próbuję doprowadzić dom do stanu używalności, ale idzie mi jak krew z nosa. A dokładnie idzie mi krew z nosa na samą myśl o sprzątaniu. Dzieci postanowiły wczoraj zrobić mi przyjemność, Deedee odkurzyła dom, a Dexter skosił trawę. Nie powiem, pomogło trochę :-)
    Nawet babcia umyła lodówkę w środku, to już nie byle co. No to ja wzięłam i przejrzałam stertę papierzysk, jedna torba poszła na makulaturę, zostały dwie torby. Gdzie ja mam to wszystko trzymać?! Przepisów kulinarnych – pół regału plus koszyk. Poradników Domowych (które namiętnie kupuje dla mnie mama, a których ja nie mam czasu – ani chęci, niestety – czytać) jakieś dwie półki. Plus Vita – również od mamy, również nie czytam. A nie mam serca wyrzucić tak po prostu. A powiedzieć jej po tylu latach, że nie potrzeba – też nie mam serca. I tak co tydzień muszę ją usilnie przekonywać, że Tele Tydzień sobie sama kupuję.

    Wciągnął mnie ten kryminał Grimes, podoba mi się konwencja – narracja 12-letniej dziewczynki, całkiem fajnej dziewczynki. Próbuję ją porównać do Deedee lub też do samej siebie w tym wieku.

    No i odstawiliśmy Camille na samolot, po drodze próbowaliśmy jeszcze maksymalnie wykorzystać czas i pokazać jej ile się da. Zaliczyliśmy zamek krzyżacki w Świeciu, starówkę w Toruniu, a w końcu starówkę warszawską. Morderczy upał próbował nas zniechęcić, ale się udało. Wieczorem w sobotę obświętowaliśmy urodziny B (ałć – stłuczona stopa, ramię i… ucho). I gniazdo os w nodze od stołu.

    Mam dwie uwagi na temat naszej podróży
    1. W Toruniu wszystkie zabytki chowają się wobec pasmanterii, jaką tam znalazłam niedaleko Kopernika. JA CHCĘ TAM ZAMIESZKAĆ! W tej pasmanterii dokładnie.
    2. Dojazd na lotnisko w Wwie jest obecnie niemożliwy dla kogoś spoza miasta – siedziało nas w samochodzie troje, w tym na pewno dwie osoby nadprzeciętnie inteligentne, mieliśmy trzy GPSy, patrzyliśmy na znaki, ale i tak udało nam się dojechać tylko dzięki życzliwym tubylcom.
    Co jest?! Naprawdę nie da się żyć w tym kraju?

    Do domu wróciliśmy po 23 w niedzielę, a doszłam do siebie dopiero we wtorek rano.
    A teraz w pracy mam dużo pracy :-) bo kolega jest na urlopie. Co nawet nie jest złe, bo przynajmniej trzecia godzina nadchodzi codziennie błyskawicznie. Ale na dłuższą metę to sobie nie wyobrażam.

    Wczoraj zaczęłam oglądać cztery filmy, w tym dwóch nie dokończyłam, a dwa nie od początku ale do końca :-)
    Te niedokończone nie uciekną, bo nagrane, za to dokończone…

    Uczta dla zmysłów.
    Pierwszy to „Giuseppe w Wwie” (w programie były „Zakazane piosenki”, na szczęście m przytomnie powiadomił mnie, że leci jednak Giuseppe) i tak sobie razem oglądaliśmy – m w Kętrzynie, a ja w domu. Przerzucając się smsowo tekstami Cybulskiego.

    A potem zobaczyłam, że na HBO Comedy puścili Mela Brooksa – „Producenci”. I znowu – sama w domu i chichot. Uma Thurman jak zwykle olśniewająca (ona chyba jest kosmitką, to niemożliwe, żeby mieć taką figurę). Kilku aktorów zdobyło moje serce:
    1. Przede wszystkim Will Ferrell - brawurowo zagrał fana Hitlera
    2. Duże wrażenie zrobił na mnie Nathan Lane - jego występ w celi, streszczający całą przygodę, zaparł mi dech w piersi
    3. Para filmowych gejów – Roger Bart i Gary Beach – sama nie wiem, który lepszy
    Matthew Broderick jak zwykle mnie nie ruszył.
    Ale scena na dachu, gdzie we trzech tańczą niemiecki taniec – re we lac ja

    Chce ktoś może kupić Samsunga Galaxy S Plus? Nowy, na gwarancji, nie używany.

    Teraz mogę opowiedzieć o labiryncie. Niedaleko od mojej wsi młode małżeństwo zebrało się w sobie, pomógł im znany (ponoć) projektant labiryntów i posadzili na 2,5ha kukurydzę. W tym roku mają hasło pirackie, więc labirynt jest w kształcie żaglowca. Trzeba przyznać, że jest gdzie pochodzić. Bez mapki podobno 2,5 godziny, z mapą pół godziny. Przed wejściem w kukurydzę można się pobawić w czterech mniejszych łamigłówkach, więc jest to atrakcja dla wszystkich grup wiekowych, bo maluchy mogą potrenować najpierw wśród słomianych kostek, jest do przejścia plątanina różnokolorowych lin (każdy wybiera sobie jeden kolor, przypina się karabinkiem i potem wygibasami podąża do celu), są łamigłówki do przejścia, które z boku wydają się całkiem łatwe, dopóki się samemu nie spróbuje.
    Są nagrody za przejście labiryntów. Ten kukurydziany kończy się na moście, gdzie można triumfalnie zadzwonić dzwonkiem, a reszta obecnych klaszcze i wiwatuje :-)

    Nam się podobało, przynajmniej coś innego niż kolejne dmuchane zjeżdżalnie. Można sobie usiąść i wypić kawę, zjeść frytki, loda.

    Najpierw weszłyśmy i chodziłyśmy bez mapki, po ok. godzinie znudziło się nam i próbowałyśmy odgadnąć, w którym miejscu mapy jesteśmy. Udało się (przy wybitnej pomocy Deedee, która od zawsze miała zamiłowanie do labiryntów i dobrą orientację w terenie) i dotarłyśmy do dzwonka.

    Potem dziewczyny jeszcze raz próbowały swoich sił na małych łamigłówkach, a ja wypiłam kawę. Ponieważ było mało osób, można sobie wejść w  labirynt nawet kilka razy, jeśli ktoś ma ochotę. Przy większej liczbie gości myślę, że muszą bardziej uważać na to, ile osób wchodzi i wychodzi, zwłaszcza gdybym miała pod opieką grupę kolonistów, to bym była trochę zestresowana, bo labirynt jest ograniczony ścianą lasu i nigdy nie wiadomo, kiedy dzieciakom głupie pomysły przyjdą do głowy.

    Wszystko można sobie obejrzeć tu, a ja tylko jeszcze dodam, że wbrew pozorom, to nawet tam, gdzie kukurydza jest po kolana, a nie nad głowę – nie jest to wcale proste. Chodzi się po prostu na oślep.

    I tyle. Dziś znowu jestem sama w domu, ale mam do oglądania niezłą komedię, a nie horror. W weekend ruszamy do stolicy, odwieźć Camille na samolot, przedtem rundka po Starówce (dłuższa lub krótsza, zależnie od temperatury powietrza), przy okazji zaliczymy urodziny B.

    I jeszcze książki – skończyłam wczoraj „Złodziejkę książek” – muszę przyznać, że bardzo mnie wzruszyło zakończenie, aż musiałam przeczytać parę stron następnej ksiązki („Hotel Paradise” M. Grimes), żeby móc zasnąć.
    Za to w międzyczasie próbowałam przeczytać „Gwałt” Chmielewskiej, niestety poziom książki tak mnie zażenował, że w połowie dałam sobie spokój, żeby nie psuć sobie ogólnej sympatii do autorki. Przykre, ale od paru lat pani Joanna odgrzewa stare kotlety z szuflady, których nikt nie chciał wydać w PRL i myślę, że nie tylko ze względu na tytuł, ale i treść – zagmatwaną, bez polotu i nudną.
    Ale nadal kocham starą (czyli młodą) Chmielewską.

    PS: Przypomniał mi się mały pyrtek z wczoraj, który po wejściu do labiryntu z mamą, ciocią i kuzynami radośnie oznajmił:
    - A ja wam się zgubię!
    :-)
    I udało mu się zresztą.

    Może ktoś wie?

    Wczoraj parno i duszno, w nocy deszcz, rano oberwanie chmury, teraz słońce jak dzwon. Chciałabym pojechać jeszcze w tym tygodniu do labiryntu kukurydzianego w naszej okolicy, ale nic nie można zaplanować. A to już ostatni tydzień Kamilki u nas. Ten labirynt wydaje mi się fajną zabawą, nawet dla mnie :-)

    Wczoraj miałam taką migrenę, że aż łzy mi leciały. Myślałam, że oczy wyskoczą mi z głowy. Poszłam spać o dziesiątej, przedtem łyknęłam dwa Panadole extra i jak obudziłam się w nocy, to byłam najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, bo nie bolało. Musiałam się wynieść do drugiego pokoju (tak, wrócił i znowu mi chrapie). Potem z kolei jakiś zabłąkany komar zabzyczał nad głową, za pierwszym razem tylko mnie obudził, za drugim razem tak się huknęłam w ucho, że zobaczyłam gwiazdy mimo pochmurnej nocy. Wstałam, żeby go wypatrzeć (baaardzo śmieszne, wiem). Więcej się nie odezwał, więc być może palnięcie nie poszło na marne.

    Dzisiaj już zachciało mi się znowu żyć.

    Deedee wczoraj jadła z K i Z lody i nie domknęła zamrażarki w pokoju babci. Nie dość, że całą noc chłodziliśmy pokój, w którym było 30 stopni, to jeszcze rano przywitała nas jagodowo – truskawkowa rzeka. Jak sama podsumowała „oj tam, raz na jedenaście lat mi się zdarzyło”. No fakt, Dexterowi zdarzyło się też raz. Musi być jakaś rodzinna tradycja.

    Jak już mowa o Dexterze, to daje popalić, oj daje. Myślał, że spędzi bajeczne wakacje za stówę. A jak nie - to rodzice przyślą. A tu zonk, nie przyślą. No i dramat w trzech aktach. Woodstok stał się sprawą życia i śmierci. Zapomniał już gnojek, ile nas kosztowały jego prawko , nadal nie zdane zresztą; jego opłaty rekrutacyjne; że pozwoliliśmy mu studiować w stolicy, co nas pociągnie dalszymi kosztami. Oj, rozpuściliśmy go sobie, oj.
    Dzisiaj rozwiązał, przynajmniej częściowo, swój problem, ale czeka go dłuuuga rozmowa ze mną.

    Ale tan brak odzewu to sobie zapamiętam…

    A teraz uwaga, podaję pomysł na.
    Trzeba do michy wrzucić pół opakowania rukoli (najlepiej tej z Tesco, bo przynajmniej nie ma w niej piachu). Wkroić kilkanaście pomidorków koktajlowych, wkruszyć prawie cały szczurzy ryjek sera pleśniowego (niebieski albo zielony, byleby śmierdział), wsypać ziarna słonecznika, które w międzyczasie się uprażyły na patelni, pokropić octem balsamico i oliwą. Voila!
    Zjadłam szybciej niż zrobiłam, bo mamy już prawie siedemnastą, a ja od rana jadę na dwóch mikrobułeczkach i jogurcie.

    A nie zrobiłam wcześniej, bo kuchnia i salon właśnie „się malują”. W końcu nie wytrzymałam i prześliznęłam się między drabinami i farbami, żeby popełnić ww sałatkę.
    Jutro kończą, alleluja! Trzeba się potargować, może chociaż w tym pomożecie, bo ja nie umiem? Też zero odzewu?
    Halo?! lo.. lo… lo….
    Dobra, nie to nie.
    Zahasłuję się i tyle. Wtedy też będę sama ze sobą gadać.

    Właśnie poszłam popatrzeć. Salon i kominek wyglądają dokładnie tak, jak chciałam, a nawet lepiej. No zajebiście po prostu.
    Jutro minie trzy tygodnie tego remontu. Jesteśmy na skraju bankructwa, ale na razie wydaje mi się, że było warto.

    W kibelku doszłam do wniosku (tam się najlepiej dochodzi do wniosków, prawda?), że człowiek zaskakuje sam siebie przez całe życie. Zawsze myślałam, że jestem typem samotnika. Właściwie to jestem pewna, że byłam. A po tylu latach w domu wypełnionym rodziną, znajomymi, przyjaciółmi nagle okazało się, że ledwo przetrwałam jedną noc w samotności. Rano zaczęłam rozmawiać z kotami. Już się nie dziwię mojej teściowej.

    Morski wylk zadzwonił z rynku w Karlskronie. Pytał, co ma mi kupić szwedzkiego. Poza paroma lampami z Ikei nic mi nie przychodzi do głowy.


    • RSS