batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wczoraj byłam pewna, że dziś dotrzyma mi towarzystwa A. Obejrzałam więc niezły thriller (ta krowa morska mi się przyśni, jestem pewna).
    A dzisiaj okazało się, że A dokonuje wielkich zmian życiowych i nie może przyjechać. Jestem sama w domu; kot z kanapy wpatruje się co chwilę w drzwi za mną.
    Jeśli ktoś się zlituje i przyjedzie obiecuję pyszną kolację. I drineczka.
    Help.

    O, a teraz koty skradają się po salonie i skrzypią panelami. Mam nadzieję, że to koty, a nie krowa morska.

    Help.

    Wylky morskie :-)

    Średnio młode wilki zresztą.

    Niektórzy nazywają to kryzysem wieku średniego…. Ale nie sądzę, żeby to było to, bo oni zawsze mieli takie pasje, a m został przez nich wyciągnięty prawie siłą, a więc też trudno powiedzieć, żeby to był dobrowolny wypad w celu podbudowania ego.
    Trochę męczący był ten ich wyjazd, bo przyjechali do nas w nocy z piątku na sobotę, ja już nie wstawałam, żeby ich witać, tylko próbowałam spać, a oni debatowali – dość głośno – nad zakupami, jakie trzeba będzie poczynić następnego dnia, żeby nie umrzeć z głodu przez tydzień na łajbie (w Szwecji nie ma sklepów? tylko wilki i renifery?).
    Rano w sobotę już mieliśmy jechać, kiedy zadzwonili, że jacht jest w naprawie.
    Panowie zasiedli do brydża i butelki rumu, wróć – whisky, a ja zebrałam dziewczyny i pojechałam do zoo.
    Takie sobie było to wszystko. Kocham nasze zoo, bo to jedyne miejsce, po którym lubię spacerować (dlatego bywam tam raz na trzy lata hłe hłe). Ale tym razem liczyłam na to, że pogoda odstraszy innych amatorów zapachu dzikiej kupy (błąd); poza tym liczyłam na to, że Camille zobaczy tam coś, czego nie widziała u siebie w zoo na Florydzie (błąd); poza tym było zimno, a one obie kaszlająco – smarkające, od kolonii nie mogą się wykaraskać.
    Jeszcze na koniec okazało się, że zostawiłam otwartą szybę w samochodzie, więcej szczęścia niż rozumu.
    Schodziłam się jak „gupia”, na szczęście udało mi się zdrzemnąć, zanim ogłoszony został początek męskiej wyprawy. Musiałam z nimi jechać, żeby zabrać jeden samochód z powrotem.
    Najpierw zakupy w Tesco, czyli lista (dwie strony), pięć wózków i galopem w alejki. Potem im trochę siadła adrenalina, więc się przy kasach rozleźli po kątach – jeden na hotdoga, jeden podrywać dziewczyny sprzedające kremy, jeden zapalić, jeden do kibelka, ostatni po kawę. Przy samochodach wydało nam się, że jakby mało tych zakupów, wróciłam do sklepu i znalazłam jeden wózek porzucony przy alkoholach. Mężczyźni :-))) W dodatku w tym wózku był towar strategiczny, czyli między innymi srajtaśma.
    Nogi mi w tym Tesco wlazły w wiadomo co.
    Następnie ruszyliśmy na wielką przygodę, czyli poszukiwanie przystani, w której jest ten jacht. Musiałam dwa razy zawracać na moście wantowym pod prąd między pachołkami. Już myślałam, że się od tego mostu nie odczepimy.
    Tekst jednego z wilków po wyjściu z samochodu: „Gdyby to było Westerplatte, Niemcy w życiu by tego nie znaleźli”
    Kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce, czekała tam poprzednia załoga, wszyscy opaleni na brąz. Jak zobaczyłam tę łódeczkę, to niesmiało zaproponowałam emowi, że może mu jednak wykupię tę wyższą opcję ubezpieczenia. Obśmiali mnie, więc sobie pojechałam do domu, gdzie dotarłam już o 23.00. I padłam na pysk. Przedtem pogadkowałyśmy sobie jeszcze z D.
    :-)

    A teraz cieszę się nowym prysznicem, wchodzę, zapalam światełko, włączam radio, masuję stopy i testuję maseczki do twarzy (no bo co można jeszcze robić pod strumieniem wody – poczytać się nie da, niestety). O, właśnie wymyśliłam coś wartego milion dolarów – wodoodporny czytnik e-booków.

    Teraz już pozostaje mi cieszyć się ciszą (względną, bo właśnie Dexter włączył jakiś metal u siebie w pokoju) i wolnością. Dziewczyny pojechały wczoraj na parę dni do kuzynki. Dexter wybywa jutro na Mazury ze swoją G. Teściowa wybywa we wtorek na kilka dni. A robotnicy wybywają z domu mam nadzieję, że również we wtorek. W czwartek wracają córeczki, w piątek teściowa, a w niedzielę jadę po pięciu chłopa i skrzynię umrzyka pełną dorszy. Będzie sushi :-)

    To jeden z tych dni, co „bez kija nie podchodź”.
    Dziewczyny kaszlą i smarkają.
    Kot kuleje (mniej, ale i tak mnie wkur…)
    Budowlańcy nie chcą kupić sami wełny do kominka.
    W hurtowni mówią przez telefon, że mają wełnę, a jak się dotelepałam kilometr czymś, co się nazywa droga wzdłuż torów, to okazało się, że nie ma, a potem, że jest, ale w beli dziesięciometrowej i jak chcesz to kup całą i się nią owiń.
    O forsie nie wspomnę.
    Dexter pojechał zdawać prawo jazdy, egzamin o 14, do 16 będę chodzić na rzęsach, a jak się znowu nie uda (a wielkich nadziei nie ma), to pierdolę, niech sobie żyje na zasiłku bez prawka, politolog jeden.
    Mamy najbardziej deszczowy lipiec w historii, a jego kurtka leży w Białej Podlaskiej.
    Nawet śliczna, wylizana do czysta, niebiańsko błękitna sypialnia mnie cieszyła przez 5 minut.
    Pół kominka stoi w salonie i czeka na wełnę.
    Żeby podłączyć prysznic, który czeka w garażu, trzeba wiercić dziurę w ścianie pomalowanego i wysprzątanego już pokoju.

    Pierdolę, robię sobie jutro urlop. Pojadę z dziewczynami do zoo. Pewnie będzie gradobicie. Albo położę się w swojej sypialni i owinę wełną ze złotkiem.

    Przed weekendem nastroje w domu były takie sobie, bo Dexter nie dostał się na kierunek, który najbardziej chciał, dostał się za to na politologię w Poznaniu i Warszawie. Wyczyn niewielki. Oczywiście użył całej gamy środków, żeby nam pokazać, jak to bardzo, ale to bardzo MUSI studiować w Wwie i że ta politologia jest równie dobra, a nawet lepsza od dziennikarstwa. Odbyliśmy kilka niezbyt przyjemnych rozmów. Jak na złość, na gdański nie złożył wcale na politologię, więc jesteśmy w kropce. Oczywiście napsuliśmy mu sporo krwi, zanim pozwoliliśmy złożyć papiery do Wwy. Jestem zła i już mam plan na dalszą edukację Deedee. W ten sposób dziś rano Dexter został wyrwany dziś z pięknego snu i siedzi teraz w autobusie do Wwy. Oczywiście nie zdąży już dziś złożyć papierów, bo dziekanat pracuje, a jakże, do 15. Jutro jest ostatni dzień. Osiwieję.

    W sobotę zrobiłam sobie urlop od życia i nie pojechałam na urodzinki do Kościerzyny. Oddelegowałam rodzinę, a sama próbowałam jednocześnie sprzątać i wyluzować. Wyszło nieźle.
    Pokój zwany zielonym jest nadal zielony, tyle, że jak trawka na wiosnę. To na razie największa porażka tego remontu.
    M zrobił mi wielką przyjemność i zabrał mnie po powrocie z Kościerzyny na przedstawienie Sceny Letniej, na „Skrzynkę Pandory”. Scena, jak wiadomo, jest w tym roku letnia tylko z nazwy, uratował mnie koc, który przezornie zabrałam. A i tak było parę minut, kiedy komary postanowiły nas ogryźć do kości. Ale przedstawienie było fajne, lubię komedie w teatrze, aktorzy jak zwykle świetni, najzabawniejszą rolę miała Anna Kociarz. Tylko te „brzydkie wyrazy”… No cóż, widocznie nie da rady bez takiego słownictwa wystawić współczesnej sztuki. Oczywiście kilkoro dzieci znalazło się na widowni, chociaż są wyraźne opisy „tylko dla dorosłych”.

    Niedzielę jeszcze czuję w kościach, bo pojechaliśmy kupić resztę potrzebnych do remontu rzeczy, między innymi kabinę prysznicową. Ciężka dość. I do tego teściowa otruła mnie naleśnikiem z grzybami. Wieczorem akcja z papierami na studia, ekspresowa produkcja zdjęcia do legitymacji elektronicznej – studenckiej. Opłata za ELS. Potwierdzenie. Podanie. Wydruk. Lekka panika, bo dwa zdjęcia jeszcze potrzebne. Szukanie. Znowu panika, bo zdjęcia mają być te same, co na ELS. Następna panika, bo dokumenty mają być dostarczone osobiście, a nie kurierem.

    Biedne nasze dziewczyny, nudzą się w rozgrzebanym domu, zamiast spędzać wakacje czynnie. Muszę się z nimi wybrać chociaż do zoo w tym tygodniu.
    Żeby jeszcze tak wygrać z 10 tysięcy w radio…

    Oj

    3 komentarzy

    takiej długiej przerwy to chyba nie miałam. Jak już wspomniałam, dzieje się…
    Jest o czym pisać, tylko od czego by tu…?
    Od środy panowie robią rozpierduchę w domu. Wróć. Słowa rozpierducha nie mogę tu użyć, bo byłoby to niesprawiedliwe. Przed remontem była rozpierducha, teraz zaczyna ład wyłazić z kątów. Tak czystej ekipy to jeszcze nikt z Was nie widział. Nie zostawią w domu nawet złamanego ołówka. Całego też. Ani śrubki. Przychodzę z pracy, a oni kończą myć podłogę i wychodzą. Od wczoraj mam rozebrany kominek w salonie, a nie odczuwam tego w żaden sposób. Oczywiście, ścieranie kurzu nie ma sensu, ale też niewiele tego kurzu jest jak na taką robotę.
    Poza tym poznikały wszystkie pierdółki – świeczniczki, wazoniki, obrazki, suszone kwiatki, laurki, filiżanki i inne durnostojki – i wreszcie zaczynam oddychać. Co się da, to wyrzucam, ale łatwo nie jest – po pierwsze zwalczyć własną chomiczą naturę, po drugie przewidzieć, czy aby ta właśnie muszelka nie stanowi czyjejś własności intelektualnej o natężonym zabarwieniu sentymentalnym. Chyba nie, skoro leży na kominku od roku.
    Jedyne miejsce, którego nie dam ruszyć, to moja własna graciarnia, zwana garderobą w sypialni. To nie jest miejsce dla starych, tfu, dla ludzi o słabych nerwach. Tylko ja wiem, gdzie wsunąc tam rękę, żeby znaleźć np. buteleczkę nurofenu, instrukcję od starej komórki czy kłębuszek zielonego kordonka. I niech tak zostanie. Natężenie zgromadzonych tam przedmiotów mogłoby zapełnić średniej wielkości pokój, więc.
    Należy wspomnieć również o głodzie komputerowym, jakiego doznałam przez ostatnie dwa dni, bo, jak to w życiu bywa, stary monitor w końcu padł ostatecznie (a spróbujcie grać w „hidden objects” w czerwonym kolorze – straciłam jakieś dwie dioptrie). Jak się okazało, monitor czekający w kolejce od dwóch lat zrobił co? Tak, również nie działał. Oba zawiozłam do naprawy, ze starym pożegnałam się ostatecznie (nawet m stwierdził, że nie ma co w grata ładować 80 zł), nowszy czeka na części. M się zlitował i przywiózł mi wczoraj całkiem przywoity monitor z pracy (oczywiście Samsung :-)). Będę żyć.
       W szale opróżniania pokoju Deedee odłożyłam parę rzeczy dla naszej małej sąsiadki o uroczym imieniu Róża (a dałabym sobie głowę uciąć, że to jest Jagódka. Też roślinka). Ponieważ sąsiedzi mają jakiś problem z otwieraniem swoich drzwi i dosłyszeniem, że ktoś się dobija, to położyliśmy zabawki na ich trwaniku, za płotem. Okazało się, że Różyczka barrrdzo się ucieszyła i wspaniale się bawi. I że chętnie przyjmą coś jeszcze, jak będzie. Nie wiedzą, co czynią. Nie znają zasobów pokoju Deedee.
    A tu zdjęcie z wyżej wymienionego pokoju, dziewczyny zrobiły na środku szałas i w nim siedzą:

    Dwa rozczochrańce.

    Swoją drogą, jej pokój jest ukończony, wyszło bardzo ładnie, jutro wkraczam do niego i zabieram się za porządkowanie. Bosz.
       Czytam w końcu „Złodziejkę książek”, ale idzie mi jak krew z nosa, bo remont, bo komputer, bo szydełko. No kiedy mam czytać? Ale książka ciekawa, chociaż na razie nie pieję.

    W TYM MIEJSCU SKOŃCZYŁAM PISAĆ 6 LIPCA, A TERAZ MAMY DZIĘKI CI PANIE 11. NIEŹLE.

    Świetny film widziałam. Rumuński (niesamowite). Tytuł leciał jakoś „Hello, how are you?” Polecam dla małżeństw z długim stażem.

    A’propos długiego stażu. 4 lipca stuknęło nam 20 lat.

    O mały włos nie miałabym z kim świętować (w sensie męża), ale w końcu udało mu się tego dnia być w domu. Kupiłam mu jego dawno wymarzony prezent (obiecuję zdjęcie, tylko nie wiem, kiedy). O tu:

     Wygląda na to, że mu się podoba, nawet bardzo, a więc trafiłam. Zjedliśmy pyszny torcik, kwiatki były.

    Popełniłam fryzjerskie harakiri – zobaczyłam na półce farbę „miodowy blond”, pomyślałam sobie „może raz w życiu wyjdzie to, co mi się marzy?”, chociaż zdjęcie na pudełku mówiło, że wcale nie. No i jest wcale nie. Teraz za to nie mam czasu pójść i obciąć połowy tego, co mi urosło przez ostatni rok, więc pod pretekstem upałów noszę koczek, żeby nie było widać jasnych końcówek przy bardzo ciemnym przy głowie.

    Odbyła się (kiedy to było, hej?) impreza końcoworoczna, w związku z czym przez większość soboty 23 czerwca miałam w domu 9 dziewczynek. Trochę mi oko latało, kiedy poszły w kostiumach kąpielowych do ogrodu, lały się wodą, a potem wracały do domu przez salon. Ale imprezka się udała, o mało się nie pobiły, która zrobi taką za rok.

    Urodziny Dextera również przebiegły bez większych zakłóceń. Oczywiście grzeczni nie byli, ale petycji od sąsiadów nie dostaliśmy, więc chyba ok. Tylko pięć dni musiałam zajadle walczyć, żeby Dexter wreszcie zdjął z domu flagę. Ściany w salonie (na szczęście trzy dni przed remontem) były całe w trupach owadzich, bo mieli otwarte drzwi na taras przez całą noc. Strzelali również z wiatrówki, ale wszystkie koty wróciły do domu w całości.

    Jest już również po koloniach, które mimo pogody (jaka jest każdy widzi) udały się, basen i jezioro wyszły dziewczynom trochę bokiem, bo to były kolonie pływackie.

    Jeden dzień był tylko pechowy dla Deedee, bo zmarzła nad jeziorem, potem pogryzły ją czerwone mrówki, a na koniec dnia dostała ostry opiernicz od koleżanki z domku, bo zużyła ciepłą wodę podczas kąpieli. Camille większych kłopotów nie miała, tylko wróciła kaszląca. Ostatniego wieczoru była dyskoteka i Deedee zadzwoniła z radosną wiadomością, że ma chłopaka i że tańczyli i w ogóle super i się pocałowali. Trochę mi świat spadł na głowę, a ona to zauważyła, bo stwierdziła „mam wrażenie, że nie jesteś zbyt zadowolona?” No nie byłam.
    Wrażeń życie mi ostatnio nie szczędzi. Kiedy pojechałam je odebrać z kolonii, nagle okazało się, że jestem z dziećmi i bagażnikiem pełnym mokrych i śmierdzących ciuchów i butów (pogoda jaka jest każdy widzi), a w samochodzie padła chłodnica. Miała prawo, nie mam pretensji, bo ostrzegała kilka dni wcześniej. Oczywiście sprawa wyszła 50 km od domu. Na szczęście wszystko skoczyło się dobrze, mechanik był, chętny do pracy, znalazł chłodnicę od ręki i o 16 byłam w domu.
    Tylko dlaczego wszystko się dzieje w tym miesiącu?! Wydatki nas zabiją.
    Poniżej zdjęcie napisu z uliczki w Kościerzynie. Bardzo nas rozbawił.

    Mniej mnie bawił, kiedy rzeczywiście sobie beknęłam 350 zł za chłodnicę.

    Jak na złość czarny kot zaczął kuleć i kulał coraz bardziej, przedwczoraj musiałam go zabrać do weta i zaczęło się leczenie, na razie nadal jest to tylko podejrzenie, że sobie coś naderwał w łokciu, o ile koty mają łokcie. Pięć dych poszło. A to dopiero początek.

    Jeszcze o koloniach – atrakcji to miały naprawdę dużo, poza basenem i jeziorem pojechały na quady, do parku linowego, na paintball, spróbowały sił na bananach ciągniętych za motorówką i złapały wirusa zwanego „wyroby z różnokolorowych żyłek służące nie wiadomo do czego, ale fajne”.

    No i temat matury i studiów.
    Wzdech.
    Wyniki matury były całkiem całkiem, ale jak na kierunek, który sobie Dexter wybrał, niestety niezbyt satysfakcjonujące. Zapłaciłam 680 zł samych opłat rekrutacyjnych za kierunki, które wybrał w czterech uniwerkach (ma chłopak rozmach). Dzisiaj po południu będzie wiadomo, czy się na którykolwiek dostał. A wróżby nie są pomyślne.
    Ku pamięci sobie tu zapiszę, to kiedyś porównam z Deedee (chociaż to pewnie będzie można o kant d… rozbić przy tych wszystkich reformach szkolnictwa, pewnie to już będzie zupełnie inna matura)
    Polski 74% / 80%
    Ang 97% / 68%
    Mat 60%
    WOS rozszerzony 32% (no tutaj to się nie popisał, wiedziałam, że nie warto płacić za rok kursów przygotowawczych i walczyć z nim co sobotę, żeby wstał i pojechał na nie do Gdańska)

    No i remont. Robię sobię zdjęcia pokojów przed i po i to jest jedyna w tym wszystkim przyjemność. No, może jeszcze kupowanie tych farb, lampek, wyposażenia, kafelków itp – bo ja to lubię. Lubię też opróżniać pokoje i potem widzieć je odświeżone; i puste :-)
    Za to z wielką niechęcią myślę o tym, skąd na to wszystko wziąć forsę oraz jak to wszystko z powrotem władować do tych pokojów. Możliwości wyrzucenia mam ograniczone – raz na dwa tygodnie wywożą nam śmieci, a jeśli coś odłożę na późniejsze wywózki, to z każdego rupiecia muszę się tłumaczyć – dlaczego to wyrzucam, przecież to się jeszcze może przydać, jest w ogóle nie zniszczone i zalega w garderobie / na strychu / w szafie / pod łóżkiem tylko osiem lat.
    Do tego wszystkiego mam w domu regularną wojnę domową między babcią i dziećmi, kulejącego kota, kaszlącą Camille i nieobecnego ciałem i duchem męża.
    Dobrze, że przynajmniej ekipa jest bezproblemowa – kumaci, czyści, niepijący, czyści, nie rzucający się w oczy i czyści.
    Takiego czegoś jeszcze w życiu nie widziałam i nie słyszałam, żeby jakaś ekipa myła codziennie podłogi wychodząc, żeby myli okna po zakończeniu malowania pokoju i jeszcze się z Pronto przelecą po meblach. Wnoszą i wynoszą kanapy, biurka, nawet nie westchną.
    Nikomu nie dam namiarów, bo ich rozpuścicie ;-)

    Dobra, dodaję zdjęcia i obiecuję więcej tak nie zapuszczać blogusia.
    Tu mamy koty podczas wizyty ich lekarza domowego, czyli naszej świeżo upieczonej „pani weteryniarz” :-)

    „My tu właśnie wychodzimy, a jeśli chodzi o tę strzykawkę, to wcale a wcale nas nie dotyczy”

    czy mu aby wygodnie?

    Czy go coś nie uwiera przypadkiem? Jakieś ziarnko grochu? Okruszek?

    Prawda jest taka, że albo się żyje, albo o tym życiu pisze. A że ostatnio dużo się działo, to i mało piszę :-)

    Remont zbliża się wielkimi krokami, wczoraj kupiłam kafelki do kuchni (to akurat najłatwiejsze w tym wszystkim). Oczywiście nadal nie wiem, jakie kolory walnę na ściany, pewna jestem tylko kuchni. A w sypialni najchętniej zostawiłabym te same kolory, jakie są, bo mi się podoba i tam dobrze odpoczywam (kiedy m mi nie chrapie, ofkors). Reszta pokojów – ???????????????????????????????????

    A trzeba by się na coś zdecydować, bo za tydzień wchodzą. I skąd na to wszystko forsa? O tym pomyślę jutro.

    Wyjazd do stolicy udany, przedstawienie dobre, pobyt u B też, dwóch innych znajomych odwiedziliśmy, dostałam filmy do oglądania i wreszcie wczoraj obejrzałam „O północy w Paryżu”! Lepszy, niż się spodziewałam. Nadal tylko nie mogę się przyzwyczaić do aktora, który grał główną rolę. Jakiś taki obleśny.

    Zaś ostatni weekend spędziłam w domu SAMA. SAMA. SAMIUTEŃKA. Jaka cisza, jaki spokój, spanie do której się chciało, siedzenie w nocy też.
    W piątek miałam wolne i pojechałam do Olsztyna na zakończenie studiów mojej siostrzenicy. Uroczystość bardzo długa, ale bardzo ładna. Czułam się jak w amerykańskim filmie – togi, czapki, dyplomy i obowiązkowy rzut czapkami w powietrze na koniec :-) Studia bardzo ciężkie, ale jak większość mówców podkreślała – opłaca się je skończyć.
    No i nasze koty bedą miały lekarza rodzinnego :-)
    Jako prezent kupiłam jej bony do Apartu, bardzo się cieszyła. Rodziców i tak bym nie prześcignęła – dostała od nich nowy samochód, więc. Po wszystkim obudził się też mój brat i  przypomniał sobie, że jest chrzestnym. Dziś rano go widziałam, mówi, że kupił jej bransoletkę w Aparcie. Mam nadzieję, że jej się spodoba.

    Po obiedzie w restauracji przekazałam teściową i Deedee emowi, pojechali do Wwy zgarnąć Dextera, który zaczynał chyba już podśmiardywać rodzicom swojej dziewczyny (tydzień u nich mieszkał), no i przede wszystkim odbierali w niedzielę z lotniska Camille, która będzie u nas do 5 sierpnia. W sobotę m zabrał Deedee na przedstawienie, w którym grała jego kuzynka, a potem zaliczyli W KOŃCU Centrum Kopernika. Była zachwycona, siedzieli tam do zamknięcia. Zanim tam przyjechali, Dexter i G zdążyli już też trochę obejrzeć i zgłodnieć. Co dało podstawy do tekstu ema, który chyba przejdzie do historii :-) Jak niejeden jego tekst zresztą.
    Otóż wyjeżdżając z Piaseczna kupił im w fast foodzie dwie wielkie torby jedzenia – jak się wyraził przy kasie – po sztuce wszystkiego, co tam na półkach było. Przyjechał pod Centrum, zaparkował kilometr dalej – no bo przecież tłumy, Euro, fanzony (moje ulubione słowo ostatnio) itd. Idzie z tymi torbami pachnącymi podgrzanym kartonem z daleka, a tu wpada na niego zabiedzony turysta i woła z nadzieją i nieukrywaną radością ”Ojej, gdzie tu jest MacDonalds?!”
    - W PIASECZNIE – grobowym tonem godnym Kosiarza odparł m.

    W drodze powrotnej m tradycyjnie już otrzymał od mazurskiej policji na pamiątkę parę punktów.

    W tak zwanym międzyczasie kupiłam emowi na naszą rocznicę (już niedługo – 20 lat od ślubu!) zegarek. Oby mu się spodobał, bo jak potem porównałam z tym, co na ręku mają okoliczni mężczyźni, to dosyć duży mi się egzemplarz spodobał.

    Również w międzyczasie Dexter skończył 19 lat. Chce urządzić imprezkę w domu, nie wiem kiedy, chyba w następną sobotę, bo wtedy babcia będzie w rozjazdach, Deedee i Camille na koloniach, a my gdzieś się ulokujemy, z tym najmniejszy kłopot. Zaś w tę sobotę Deedee chce zrobić pijama party dla swoich koleżanek i Camille. No nie ma się kiedy wstrzelić w grafik normalnie :-). Ale dobrze, powiedziałam im, że jak mają coś urządzać, to tylko przed remontem.
    Camille kończy dzisiaj 12 lat, szykujemy torcik truskawkowy i kupię jej zaraz e-booka po polsku, tylko szukam czegoś, co ją wciągnie, najlepiej o 12-latce i kotach :-)

    Zrobiłam sobie porządek w swoich koralikach, szydełkach, włóczkach. Od razu lepiej psychicznie. Ale za chwilę przypomina mi się nadchodzący remont i znowu muszę oddychać do torebki.

    bo za chwilę następny wyjazd i już potem nie będzie mi się chciało.

    Bardzo się cieszę, że pojechałam, było miło i sentymentalnie, nasłuchałam się komplementów.

    Zrobiłam zdjęcia miejsc, w których spędzałam dłuuugie dni wakacji. Momentami czułam się, jakbym miała wakacje, fajne uczucie. Znowu miałam 16 lat i całe dwa miesiące upalnej, zakurzonej nudy przed sobą. Żadnych zmartwień, troski o jutro czy jakieś dzieci.

    Muszę zrzucić nowiuśkie 3 kilo, które przywiozłam z dwudniowej podróży, bo nie wejdę w nową sukienkę. Myślałam, że to moja mama jest mistrzynią w terroryzmie jedzeniowym, a tu niespodzianka. Moja mama chrzestna to dopiero potrafi karmić.
    I starzeję się nieuchronnie – już prawie nie potrafię spać poza domem. Zasnęłam nad ranem, po przeniesieniu się na kanapę w dużym pokoju, było już jasno. I mam dosyć cmentarzy na długo.

    I nie mogę uwierzyć, że od poprzedniej wizyty minęły lata. A trzydzieści lat od czasu tej wakacyjnej nudy. I wcale nie wspominam tego źle, nie o to chodzi. Nuda, bo jak sobie sama nie wymyśliłam zajęcia, to nie miałam co robić. Ale zawsze coś tam wymyśliłam.

    A dzisiaj rano uświadomiłam sobie, że zamiast siedzieć na dupie i wyrzucić tv za okno, to pojutrze pcham się w samo oko cyklonu. Ałć. Ale co zrobić, dla dobrego towarzystwa Cygan dał się powiesić ;-) I chciałabym zobaczyć ulice Warszawy w piątek o 18. Może to być okazja do niecodziennego zdjęcia.

    PS: Jeszcze jedno podsumowanie wyjazdu – kobiety po przejściach nie mają litości, mówię Wam :-)

    Ale zacznę od tego, że poniedziałkowy teatr był boski. Juliusz Machulski jednak wielkim reżyserem JEST. Ubawiłam się, a najlepsze były kobiety – oczywiście te starsze. Chociaż Stelmaszyka kocham (bez wzajemności niestety) od czasu Testosteronu.
    M mówi, że takie sobie było, ale on oglądał od połowy, to rzeczywiście nie miało to sensu.

    A co z Deedee? Otóż jakiś czas temu szkoła dała mi skierowanie na badania do poradni ped-wych w związku z podejrzeniem dysgrafii. Ucieszyłam się, bo lubię jak moje dzieci są badane pod różnymi kątami :-) W poniedziałek miałyśmy się stawić na badanie u pedagoga i od razu na środę umówili nas do psychologa. Papier będzie miała, świetnie, bo naprawdę potrzeba jej więcej czasu na napisanie każdego testu czy dyktanda, no i oceny z zeszytów nie będą miały już tak wielkiego znaczenia. Uf.
    Ale najfajniejsze to jest posłuchać zachwytów fachowców na temat, jakie to moje dzieci mądre, inteligentne, kompetentne, poukładane, z ogromnym zasobem wiedzy i słów, oczytane, otwarte, wszystko ach i och!
    No, to by było na tyle jeśli chodzi o chwalenie się :-)
    Ale to nie koniec, jeśli chodzi o Deedee. W poradni powiedzieli mi, że słuch można zbadać, niedaleczko, więc rzutem na taśmę umówiłam się, byłyśmy wczoraj po psychologu, wszystko ok. Jak słuch, to i wzrok, więc dziś jedziemy do okulisty, bo trzeba nowe okulary sprawić i w ogóle sprawdzić, co tam z tym zezem. Po drodze były jeszcze badania ogólne, niestety dalej ma za dużo erytrocytów, trzeba zacząć to leczyć. A przede wszystkim znaleźć przyczynę.
    I tak to, jedno dziecko ubrane, drugie zbadane.

    Pan, który ma nam zbudować kaskadę w ogródku umówiony na sobotę, ciekawe, ile sobie zażyczy za to. Budulec mam – sterta wielkich kamieni czeka na zagospodarowanie. Fajnie, jakby coś tam ciurkało koło tarasu. Czasem.
    (NIE ZAPOMNIJ, PAN PRZYJEDZIE O 16.00 W SOBOTĘ, MASZ BYĆ W DOMU)

    A zapomnieć łatwo, bo również na sobotę zarezerwowałam tor na kręglach dla Deedee i jej trzech koleżanek, bo moja mała córeczka 4 czerwca zostanie nastolatką, tadam. Większą imprezę – rodzinną – planuję na koniec czerwca, wspólną dla Deedee, K i Dextera, bo wszyscy troje są czerwcowi.

    Skończyłam swój pięęękny szal w kolorze pudrowego różu (ZRÓB ZDJĘCIE, ZRÓB ZDJĘCIE), a więc do sukienki mam dodatek, teraz dumam nad upięciem włosów, ach takie problemy mieć… wzdech.
    Teraz już produkuje się tunika z włóczki od sąsiadki. A sąsiadka nie ma litości – kupiła pisemko ze skarpetkami szydełkowymi. Zeskanowałam, będę w wolnych chwilach (czyli kiedy?) ćwiczyć i podejrzewam, że pewien mały Norweg będzie kiedyś opowiadał, że nienawidzi skarpet z wełny, bo mu ciocia wiecznie takie prezentowała i kazała w nich chodzić. Jak zdążę, to zrobię też dla Deedee i K, będą w nich po domu biegały, bo obie nie znoszą kapci. A ja nie znoszę widoku bosych stóp na panelach. K przyjeżdża już za 2 tygodnie!

    W niedzielę wyjeżdżam na zachód, do miasteczka, w którym spędzałam wszystkie wakacje, będzie podróż sentymentalna, jadę z siostrą, więc mam nadzieję posłuchać trochę o rodzinie, której z racji różnicy wieku prawie nie znam. Spać będziemy u mojej chrzestnej, której lata nie widziałam.
    Wracamy w poniedziałek, we wtorek i środę nawet trochę popracuję, a potem do stolicy na cztery dni. Potem 4 dni robocze i w piątek jadę na rozdanie dyplomów do Olsztyna, bo moja chrześnica – z której jestem strasznie dumna, bo i ładna i mądra – zostanie oficjalnie lekarzem weterynarii. Chcę jej podarować coś z Apartu, albo po prostu bon do Apartu, jak myślicie?
    Wrócę tego samego dnia, a w sobotę m jedzie po K odebrać ją z samolotu, a więc znowu stolica.
    Dżizas, jak to wszystko czytam, to sama nie wierzę.

    Proszę jeszcze o porady w kwestii premiery w teatrze – bywam co jakiś czas, ale nie na premierach, a zwłaszcza takich, w których gra ktoś bliski. Jak myślicie, czy powinniśmy kwiaty dla niej dać gdzieś wcześniej, żeby dostała je po przedstawieniu? Najlepiej to chyba zadzwonię do teatru i spytam.

    Ach, no i jeszcze miałam napisać, że wczoraj skorzystałam z okazji i wzięłam udział w zajęciach z jogi, bo była promocja i można było spróbowac za darmo. A zastanawiałam się jakiś czas temu, czy to nie byłoby lepsze dla mnie. Uczucia mam mieszane. To znaczy, oczywiście podobało mi się. Najbardziej podobała mi się pani, która prowadziła zajęcia :-) Tak smukłej i gibkiej dziewczyny dawno nie widziałam. Podobało mi się, że dałam radę w prawie wszystkich ćwiczeniach i że jestem bardziej rozciągnięta od kobiet 10 lat młodszych. No przecież ćwiczę, nie?
    Z kolei nie wiem, czy moje kolana to zniosą, a właśnie o kolana bardziej mi chodzi w tym wszystkim, bo po zwykłych ćwiczeniach, gdzie dużo przysiadów, bolą mnie coraz bardziej. Bieżnia też im nie służy. Za to na jodze trzeba dużo klęczeć i czasem ciężar całego ciała jest właśnie na kolanach. I podwójna karimata nie bardzo pomagała.
    Poza tym zajęcia są tylko raz w tygodniu i o godzinie 20.15. Potem jest się bardzo zrelaksowaną i pełną energii, a tu trzeba iść spać… Do tego zajęcia odbywają się 15 km od domu.
    Co jeszcze? A, było nas cztery – 3 uczennice + prowadząca. Na więcej osób tam nie ma miejsca, bo niektóre ćwiczenia zajmują naprawdę dużo miejsca.
    Relaks był świetny – ta muzyczka, świece, spokojny głos instruktorki… Prawie poczułam się tym kwiatem lotosu na tafli etc.
    Muszę poczytać trochę o tej jodze, żeby lepiej zrozumieć, jak to działa. Bo że działa, to na pewno, miliony Chińczyków nie mogą się mylić ;-) Instruktorka bardzo nas chwaliła, bo czasem udawało jej się tylko zrobić „powitanie słońca” z początkującymi, a z nami zrobiła jeszcze kota, półksiężyc, chyba jakiegoś wielbłąda i coś jeszcze. Fajnie.
    Z szesnastej strony – kupiłam już karnet na ten miesiąc na swoją siłownię. Co robić?

    Zabrałam wczoraj Dextera na zakupy, bo to już naprawdę wstyd, w czym on chodził ostatnio.
    Ostatnie dżinsy miały na kieszeni z tyłu dziurę od portfela, czarne adidasy – rozczłapane i raczej szare niż czarne. Plus bielizna, której nigdy za wiele. Zakupy okazały się całkiem owocne. Dżinsy ok, nawet był taki rozmiar, że nie muszę skracać nogawek. W sieciówce na T nieopatrznie kupiłam mu krótkie spodenki – bardzo ładne, ale trochę się zgarbiłam przy kasie, bo okazało się, że kosztują dziewięć dych. Zgroza. Od dziewczyny miał przykazane, że ma sobie kupić trampki. Nie, nie są hipsterami, ale trampki to według mnie bardzo dobry pomysł, bo on by najchętniej całe lato przechodził w adidasach. I nawet była fajna promocja w jednej z firm – dwie pary trampek za 99 zł. No to ma.
    Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła przy okazji dla siebie czegoś kompletnie niepraktycznego i nie pasującego do całej reszty, jaką posiadam. No, może trochę przesadzam, ale bardziej niż sukienkę to ja potrzebuję czegoś do łażenia na co dzień.
    Ale mam sukienkę na premierę w teatrze, ha!
    Bo w najbliższy długi weekend jedziemy do stolicy na premierę w Teatrze Polskim – kuzynka m tam pracuje (na scenie, na scenie, nie za kulisami) i załatwiła nam wejściówkę na swoje przedstawienie. Nawet jeszcze nie wiem, co to za przedstawienie, zaraz sprawdzę. Ale sukienkę mam i to jest najważniejsze :-)
    Szóste podejście do prawka – nieudane.


    • RSS